Vein Cat – wywiad dla Electroclash.pl

Vein Cat – barwna postać. Prywatnie spokojny i normalny (uwaga – to cecha pozytywna) o nienormalnym poczuciu humoru. Na scenie dziki kot. Spotkałam się z nim nie w Marriocie (bo przecież kasza niedogotowana), a w oknie pewnego komunikatora internetowego (nie, nie tego o którym myślicie). Cel? Przybliżenie Veina czytelnikom. Bo ile można czytać tę samą biografię ;).
Electroclash Polska: Kiedy po raz pierwszy stwierdziłeś, że chcesz robić muzykę zamiast tylko jej słuchać?
Vein Cat: Nie pamiętam dokładnie. Wydaje mi się, że w momencie kiedy zrozumiałem, że nic nie ma na mnie wpływu takiego, jak właśnie muzyka. To były czasy, kiedy nie słuchałem prawie nic innego tylko The Cure… druga połowa podstawówki.
Ec.pl: …i postanowiłeś podobny wpływ wywierać na innych?
VC: Raczej „oczyszczać” ten wpływ ze zbędnych elementów, innymi słowy – robić muzykę, którą mógłbym pokochać bezgranicznie i wzajemnością.
Ec.pl: Czyli taki trochę egoistyczny element? A zastanawiałeś się, jakie emocje chciałbyś wywoływać u ludzi? Bo pewnie trochę byś chciał, co?
VC: Od samego początku, kiedy bardzo szybko po tym, jak znalazłem się w pierwszej kapeli, w czasie prób i pierwszych koncertów zauważyłem, że nie ma w tym żadnej sprzeczności. Myślę, że emocje u mnie i tych, którzy chcą w tym uczestniczyć są podobne i dalekie od negatywnych. Z tą różnicą, że ja bywam bardziej zmęczony.
Ec.pl: Z tego co widziałam na żywo i na zdjęciach, publiczność też się nie oszczędza ;).
Jak wygląda standardowy fan Vein Cata?
VC: Bardzo dobrze. Nieziemsko piękne kobiety i zabójczo przystojni mężczyźni.
Ec.pl: Średnia wieku? idealna? hehe
VC: Oczywiście.
Ec.pl: Pytanie podchwytliwe – czujesz się częścią electroclashu?
VC: Nie wiem czy znajdą się dwie osoby, które czują electroclash podobnie. W moim czuciu tego zjawiska – jestem jego częścią.
Ec.pl: Masz w ogóle swoją definicję tego słowa? Nurtu?
VC: Electroclash to starcie ze sobą dwóch filozofii tworzenia muzyki klubowej. Jedna mówi o tym, że muzyka powinna być dla ludzi, druga że powinna być robiona przez ludzi.
To jest chyba jedyna cecha wspólna tak przecież różnych wykonawców, którzy się do tego stylu przyznają.
Ec.pl: Ta definicja daje nam (twórcom portalu) chyba szerokie pole do popisu, hehe
VC: A było kiedyś inaczej? Od samego początku robicie dużo dobrego w „uczłowieczaniu” sceny klubowej w Polsce.
Ec.pl: Swoją drogą – dostałeś kiedyś jakąś łatkę/etykietkę, która Cię szczególnie zaskoczyła?
(oczywiście mam na myśli muzycznie, a nie „krwiożerczy felek z trzeciej klatki” ;))
VC: To dość trudne pytanie. hehehe. Często to, co robię jest odbierane jako mroczne. Nie widzę w tym nic złego. Ale jest to zaskakujące, to fakt.
Ec.pl: Właśnie. Jaką muzyką się otaczasz? Czy może nie dopuszczasz do siebie wielu dźwięków, żeby nie zakłócało to Twojego wyobrażenia muzyki?
VC: Widzisz to jest tak, że jestem prawdziwym szczęściarzem. Mam komfort skupiania się wyłącznie na muzyce i koncertowaniu, bo otaczają mnie ludzie, którzy nie tylko, że mi w tym nie przeszkadzają, ale i wspierają. Staram się ten dobry okres wykorzystać jak najlepiej, dlatego też głównie otaczają mnie dźwięki, które sam komponuję. Niewiele przez to znajduję czasu na słuchanie innych rzeczy. Ale oczywiście słucham. Chodzi Ci o coś konkretnego?
Ec.pl: Jasne. co sądzisz o ostatnich dokonaniach Zbyszka Wodeckiego?
Ok, wybacz, hehehe
VC: Ostatnio wsłuchuję się np w remixy „When She Moves” ;)
Ec.pl: No właśnie. Niedawno miały przecież swoją premierę – remixerzy sami się do Ciebie zgłaszali czy może to Ty najpierw wychodziłeś z propozycją?
VC: Zamysł był prosty. Kiedy Bartek (ElektroMonter) z kolektywu ElektroPunkz.net zaproponował mi wypuszczenie w ich Labelu jakiejś mojej produkcji, zrozumiałem, że bardzo dużo dobrych rzeczy mnie spotyka i pomyślałem, jak można by to połączyć z wyrazami mojego uznania dla ludzi, których spotkałem w czasie grania po klubach w całej Polsce. Więc powstała idea remixów kawałka, od którego to wszystko się zaczęło. Mam nadzieję, że to nie pierwsza taka okazja.
Zaprosiłem do tego projektu najlepszych producentów i dj-ów, jakich dane mi było osobiście poznać na scenie. To bardzo zdolni, otwarci i pomysłowi ludzie.
Planowana jest już druga część remixów – też pod szyldem elektropunkz.records… trochę tego się nazbierało! Elektropunki są świetni w tym, co robią i cieszę się, że z nimi współpracuję. Mam też przy tym nadzieję, że im nie zaszkodzę. :)
Ec.pl: Jak wygląda proces twórczy pana Daniela? Nagle pojawia się melodia czy tekst? Harmonia czy rytm?
VC: Zwykle tym, co sprawia, że reszta pojawia się prawie w jednym momencie jest bas. Tak zawsze komponowałem, nie chcę i nie umiem już inaczej.
Oczywiście zanim ta linia basu pojawi się w mojej głowie, pojawia się iskra która wszystko podpala. To może być naprawdę wszystko – od uśmiechu dziewczyny z kosmodromu, którą kocham do fragmentu książki, którą czytam, żeby zabić czas kiedy jej nie ma przy mnie…
Ec.pl: I co wtedy? biegniesz do sprzętu, żeby nie uleciała? Czy masz dobrą pamięć?
VC: Mam bardzo dobrą pamięć.
Ec.pl: Czy wszystkie Twoje dotychczasowe numery nagrałeś tylko i wyłącznie przy pomocy rolandowego Grooveboxa? Czy może próbowałeś eksperymentować jeszcze z innymi elektronicznymi instrumentami, albo wykorzystywać techniki komputerowe?
VC: Pozostaję wierny rolandowi mc-307, nie mam ochoty szukać czegoś innego, bo to jest bardzo wdzięczny sprzęt do grania live. Oczywiście przy nagrywaniu niezbędny jest software. Im prostszy tym lepszy. Moje „studio” jest kwintesencją kleszu, hehe.
Ec.pl: Który utwór byłby na pierwszym miejscu w soundtracku Twojego życia? No i pytanie pokrewne – coś z Twojej twórczości jest szczególnie autobiograficzne?
VC: To teraz musisz mi dać trochę czasu na odpowiedź.
Ec.pl: Nie krępuj się.
VC: „Sinking” zespołu The Cure. W sferze muzycznej cudny, tekst – zawsze aktualny, zwłaszcza teraz, kiedy obiektywnie zaczynam się starzeć… A jeśli chodzi o coś szczególnie autobiograficznego w tym, co nagrałem dotychczas … wszystko. Myślę, że to jedyna przyzwoita odpowiedź.
Ec.pl: Jak wyglądają Chiny od środka? Zaskoczyło Cię coś u tamtejszej publiczności? Jak w ogóle tam trafiłeś?
VC: Publika chińska jest taka sama jak polska czy niemiecka. A trafiłem tam dlatego, że ktoś, kto szukał na scenie europejskiej czegoś nowego, odezwał się do mnie na myspace. Miło mi, że mogłem tam być i grać. To było spore wyzwanie, ale też i możliwość poznania wybitności. Poza tym kuchnia chińska jest prawie tak dobra jak pakistańska.
Ec.pl: Teraz odrobina goryczy – co Cię trzyma w kraju, w którym wciąż na pierwszych miejscach list przebojów są od lat te same nazwiska?
VC: Nic mnie tu nie trzyma, ale też nic mnie stąd nie wygania. Nie za bardzo też śledzę listy przebojów. Oczywiście domyślam się o jakich nazwiskach mówisz, ale to oni się powinni wstydzić. Nie Ty czy ja.
To, że jest tak jak jest, jeśli chodzi o „przeboje”, mało mnie interesuje. Nie będę pierwszy, który powie, że Polsce miernoty promują beztalencia, ale to nic nie zmieni. Trzeba robić swoje i nie oglądać się na innych.
Ec.pl: W których momentach pojawia się u Ciebie (uwaga: szumne określenie) poczucie artystycznego spełnienia? Kiedy najczęściej czujesz, że wybrałeś właściwą drogę?
VC: Czuję to cały czas. Z przerwami na sen.
Ec.pl: Nie ma momentów zwątpienia?
VC: Są. Zawsze wtedy, kiedy nie mogę zasnąć. Staram się, żeby zdarzało się to jak najrzadziej.
Ec.pl: Myślisz, że jeszcze może się coś fest odkrywczego pojawić w muzyce? Czy to już recycling, trawienie przeżutych, wydalonych i ponownie zjedzonych dźwięków?
VC: Masz na myśli muzykę w ogóle?
Ec.pl: Tak jest.
VC: Myślę, że to zależy od tego, czy ludzie będą mieli możliwość i ochotę ją tworzyć. Mam nadzieję, że tak. Więc o los odkrywczej strony muzyki nie należy się martwić.
Ec.pl: Wiesz, o co mi chodzi – wiele osób marudzi, że nic nowego już nie powstanie po latach 60/70/80 (w zależności od preferencji) .
VC: Ja też marudzę, że najlepsze czasy w muzyce to były lata ’80. To kwestia gustu.
Ec.pl: Miałeś/masz jakiegoś superbohatera?
VC: Mam! To mój najmłodszy kot – Bibi. Mówię o kociaku, który żyje z nami od jakiegoś czasu, cudem uratowany przez Fundacje „Kocia Dolina”, w której działa moja ukochana. Bibi swoje kompleksy zamienia na zalety :)
Ec.pl: Masz na oku jakieś kooperacje muzyczne? Swego czasu miałeś romans z kejkami remixując ich kawałek, teraz Pat zaśpiewała na When She Moves… Jest ktoś jeszcze z naszego podwórka, z kim planujesz współpracę? A może jakaś supergrupa?
VC: Jestem otwarty na współpracę z każdym, kto ma pomysł i ochotę. Jeśli chodzi o Yummy Cake to, nie przesadzę chyba, mówiąc, że jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Moim zdaniem to w tej chwili najciekawszy zespół w Polsce. Na jednym remixie i zaproszeniu Patrycji do użyczenia swojego głosu w jednym kawałku – na pewno się nie skończy!
Obecnie najbardziej jednak skupiam się na zrobieniu czegoś cyklicznie „kleszowego” w miejscu, w którym mieszkam – Bydgoszczy. Wraz z Dj-em J.RW.N, w klimacie przychylności Klubu Atelier 74, planujemy zupełnie nową jakość klubowego grania w mieście. Pierwsza odsłona cyklu juz 3 maja!
Ec.pl: Poleje się szampan?
VC: Poleje się pot. Damy z siebie wszystko!
Ec.pl: W jakiej roli wystąpisz tudzież będziesz występował? Cykliczne live acty czy może pokażesz swoje nowe didżejskie oblicze?
VC: Jestem live-act’owcem. I niech już tak zostanie :)
Ec.pl: Dzięki za rozmowę.
VC: Dzięki również.
Rozmawiała: Vira




