Zoot Woman

Jak mam prawo wnosić, każdy był kiedyś mały. Każdy też musiał delektować się za młodu tym, co podawali mu do słuchania rodzice oraz MTV czy inne 5-10-15. Efekty tego po latach da się zauważyć. Potrafimy się bawić świetnie na imprezach retro, kicz, albo innych wymysłach ludycznej części społeczeństwa. Tak samo do powyższego serwisu czujemy miętę z powodu muzyki inspirowanej syntetyczną stroną lat osiemdziesiątych oraz całym blichtrem nieuznającym brylantyny, tylko lakier (dla przesadnie dbających może być pianka).

Cieszy mnie też, gdy u moich muzycznych faworytów dostrzegam pewne znamiona błędów i wypaczeń młodości, jakim mogą być kolejne odsłuchania twórców niepewnego pochodzenia. Kolejnym takim może być grupa Zoot Woman, która nigdy nie kryła się ze swoimi idolami, dumnie w swych kompozycjach naśladując ścieżki z mozołem wydeptywane przez protoplastów uznanych i oryginalnych struktur muzycznych.

Ich historia zaczyna się w pewnej szkole średniej w Reading, gdzie muzyczny zapaleniec – Stuart Price – spotyka na swej drodze braci Blake‘ów – Johnny’ego oraz Adama. W tamtych czasach supremacja rocka, ciężkiego rocka, grunge’u, czy innych britpopów (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii) nie podlegała dyskusji. Dlatego spotkanie to było takie wyjątkowe; oto naprzeciw sobie, a także i swoim oczekiwaniom oraz marzeniom, wychodzi trójka niezrozumianych przez resztę młodych ludzi, których zapatrywania muzyczne, a przy tym i filozofia życia, spojrzenie na świat, są, delikatnie mówiąc, niemożliwe do zaakceptowania przez fanów wiecznie pijanej Oazy (zwłaszcza w Reading, gdzie miejscowy festiwal w tamtych latach był głównie polem do popisu dla tych i innych Ryśków Ashcroftów). Pierwsze kroki, jak zawsze w takich przypadkach, były trudne, o ile nie nazwać tego zwyczajnym cudem, że już w 1995 roku udaje im się wydać pierwszą EP w barwach Wall Of Sound (z którą to wytwórnią już się później nie rozstaną). Jak można się spodziewać, Sweet To The Wind szlagwortem nie został poza pojawieniem się poszczególnych utworów na składakach firmowanych logo macierzystej wytwórni. Następne wydawnictwo – maksisingiel Chasing Cities namieszało niby trochę więcej, ale daleko mu ciągle było do zdobywania Mt. Everestu, jakim wydawała się UK Top.

Niestety droga, jeśli nie na szczyt, to przynajmniej u podnóża góry, została na moment przerwana pracą Stuarta Price’a dla Les Rythmes Digitales, będący niejako bardziej popową kopią Daft Punk. Projekt Stu oraz Jacques’a Lu Conta osiągnął niebywały sukces (dość wspomnieć nieśmiertelnego „Darkdancera” z 1999 roku) nie będący zapewne zaskoczeniem dla zainteresowanych. Przypieczętowali swój triumf później jeszcze jednym albumem, nie gorszym, choć trochę chłodniej przyjętym. Po tym epizodzie Price, który wydaje się najbardziej zapracowany z całej trójki, w chwale powraca na listy przebojów, ale już jako basista Zoot Woman. Bracia okres posuchy spędzali zapewne na słuchaniu płyt, tak dobrze im znanych w dzieciństwie, bo już pilotujący album singiel (niesamowity It’s Automatic) wprowadza dużo konsternacji na listach przebojów, nie pozostawiając nikogo obojętnym na niby leniwy, ale szalenie chwytliwy kawałek. Album zatytułowany Living In Magazine automatycznie też przejął każdą zaletę singla, skrywając w sobie raz to pobudzające, raz to kojące piosenki, taktujące o ludzkim automatyzmie, tak często prezentowanym na niwie kontaktów międzyludzkich, niezależnie od tego, czy jest to kontakt bardziej zaufany (związki), bądź bardziej rozluźniony (imprezy), lub, co jeszcze bardziej drażliwe, automatyzm człowieka w przebieraniu informacji, przeważnie zasięganych z tytułowych magazynów, które nie są dobrym stymulatorem życia według członków tercetu z lubością nurzających się w dźwiękowych akwenach z pogranicza Kraftwerk (nawet cover The Model przyjemnie wtapia się w tło płyty), Human League, Pet Shop Boys, Tangerine Dream, spotykających radość wczesnych The Cure.

Płyta okazała się strzałem w dziesiątkę, a panowie z klawikordami przewieszonymi przez ramię, zamiast gitar, rozpieszczali dziennikarzy w licznych wywiadach (tak, stali się nawet pupilami NME), a zwolenników starali się udobruchać długą trasą koncertową, która była też polem dla uzdolnionego Price’a (DJ-acty) oraz duetu tegoż z Adamem Blake’iem jako Paper Faces (remixy, DJ-acty). Swoją drogą Paper Faces zasługują tu na dłuższy moment uwagi, ponieważ ów kolektyw zmagał się nie tylko z „poprawianiem” utworów Zootsów, ale też i innych godnych uwagi twórców (dość wspomnieć Madonnę). Ale ich najznamienitszym dokonaniem jest remix „Grey Day”, kawałka promującego kolejny album Zoot Woman (ukazującego się w 2004 roku pt. Zoot Woman). Remix przesiąknięty jest nieprawdopodobnym napięciem, jakie udzielać się będzie też i chuci na parkietach każdego liczącego się klubu na świecie. A sam singiel trafi pod strzechy, prezentując talent kompozytorski Brytyjczyków, godny pozazdroszczenia przez niejedną gwiazdkę electropopu. Sam longplay okazał się, zgodnie z zapowiedziami członków grupy, zdecydowanie organiczny, co też przełożyło się na jego jakość jak i jakość koncertów (na te specjalnie rozszerzyli skład, czasami nawet osiągający liczbę pięciu grajków). Wydawnictwo nie spełniło oczekiwań tłumów, mimo singla wielbionego przez każdą liczącą się stację radiową. Było do bólu przewidywalne, sztampowe, wpisywało się w klimat grup, które będąc naśladowcami stylu grupy, jednak zdawały egzamin z napisania kilkunastu równorzędnych utworów. Zootom repertuar na sukcesora „Living In Magazine” nie pomógł, był bardzo jednorodny, mało frapujący, zanadto wyrównany i, co tu dużo mówić, po prostu nużący.

Na szczęście tego typu wpadki zostają zapomniane, a rozpoczęta wędrówka ludów zdaje się nie mieć końca. Zoot Woman na wiele lat schowali się w zaciszu, nie nękani już przez żadne ciśnienie, ani pismaki, które pragną tylko spytać się idola młodzieży, jaki jest jego ulubiony kolor. Za niedługo wydadzą trzeci album zatytułowany Things Are What They Used To Be, promowany przez „Saturation” (wcześniej połechtali nas przyjemnym „We Won’t Break” oraz „Live In My Head”). Długo kazali czekać, ale widać, że kac, a co ważniejsze, pokacowe wnioski, jednak nadeszły, co powinno ucieszyć większość sympatyków podelektryzowanych gitar solidnie doprawionych klawiszowymi plamami oraz robotycznymi rytmami.

Są kamieniem milowym dla electroclashu, sama Miss Kittin obłaskawiła ich nawet uczestnictwem piosenki „Living In Magazine” na jej niezapomnianym secie „Electroclash” dla Muzik Magazine, co świadczy o tym, że mogą się czuć przynajmniej wujostwem dla świętującego wtedy lata świetności gatunku. Problemem, jaki pozostawiają po sobie Brytyjczycy, to przyszłość, ale szczęśliwie, dla nas wszystkich, rozwiąże się on już 7 sierpnia. Miłego czekania.

Net:
zootwoman.com
myspace.com/zootwoman

Related Posts with Thumbnails

Komentarz to “Zoot Woman”

  1. p.s. chciałem tylko powiedzieć, że Living In A Magazine jest textowo koncept albumem opowiadającym o modelce imieniem Jessie ;o)

    pozdrawiam!

Zostaw komentarz