Fischerspooner

Gdy ich drogi pierwszy raz się skrzyżowały, Warren Fischer i Casey Spooner uczyli się w School of the Art Institute of Chicago. Student filmoznawstwa i zarazem nienasycony muzyką Warren, zainteresowany wszystkim co mieściło się między klasycznymi skrzypcami a hardcore-punkiem i doświadczony w kompozycjach na czasie (w 1992 roku wydał z arcyeksperymentalistą Jimem O’Rourke z Sonic Youth album jako Disengage) i Casey, który wychodząc ze swoich początków jako artysta plastyk znalazł swoją niszę między performance a video-artem zajęli się krótko po poznaniu wspólnym performancem, podczas którego Warren towarzyszył deklamacjom Caseya grając na skrzypcach.

Dopiero parę lat później w Nowym Jorku wznowili kontakt i postanowili znów ze sobą współpracować przy projekcie video. Niedługo potem powstał ich pierwszy utwór: melodyczny monolog zainspirowany tanim Casio-popem opowiadający o seksualnych postępach „indiańskiego kierowcy taksówki”. Jednopiosenkowy debiut wydany w filii Starbucka w East Village był podstawą budzącego sensację wydarzenia, tak samo jaskrawego jak krótkiego: podczas gdy Casey przypominający ekspresyjnego discodrania w stylu Rudolfa Nurejewa, Sydneya Rome i Norberta Schramm w okularach słonecznych z oprawkami new-wave przybiera tysiące póz, Warren naciska z wielkim zaangażowaniem przycisk Play w odtwarzaczu CD.

Nowymi utworami duet polował na nowe obszary muzyki elektronicznej: „The 15th” to melancholijny klasyk ery postpunkowej, „Tone Poem” z kolei jest minimalistyczną syntetyczną balladą, której tekst znalazł Casey między okładkami podręcznika fizyki z roku 1895; „Turn On” – seksowna potańcówka inspirowana częściowo legendarnymi wyprawami naukowymi Dzikiego Zachodu Lewisa i Clarka. Wszystko to w wydaniu oryginalnym, melodycznym i przede wszystkim tanecznym. To najczystsza esencja elektronicznego materiału, która później zaliczyła triumfalny pochód po parkietach całego świata jako electroclash. Ale nikt nie nazywa jej „retro”, bo jak to sam Casey ostrzega: nienawidzę nostalgii, jest kłamstwem i jednowymiarowym pojmowaniem przeszłości.

Z występu na występ zapraszali coraz więcej gości, zarówno w postaci tancerzy, jak i operatorów światła, dźwięku, reżyserów czy makijażystów i stylistów. Przeróżne miejsca show grupy były bardzo eklektyczne: szklane obserwatorium na World Trade Center, pomost na Orchard Street, legendarny klub nocny Limelight. Podczas jednego z występów podwieszono pod sufitem szklane pudełka i puszczono prąd, który tworzył tamże delikatne kręgi.

W 2000 roku zaliczyli iście maratonową serię występów w galerii Gavin Brown w Chelsea. 5 nocy pod rząd, co wieczór 6 dwudziestominutowych setów przekształciło galerię w pulsującą fantasmagorię z sexy bestii, połyskujących ciał i dymnych iluzji. Podczas gdy fani bili się o egzemplarze limitowanej 8trackowej płytki, krytycy wiwatowali, że Fischerspooner dał scenie muzycznej kawałek najbardziej emocjonującej współczesnej sztuki.

Pierwszy singiel Fischerspoonera „Emerge” opiera się na ich wcześniejszej deklaracji: Sounds Good. Looks Good. Feels Good Too. Na początku wydany jedynie własnym sumptem, bardzo szybko jednak zaciekawił pioniera electro Dj Hella, który nie tylko wrzucił utwór na swoją składankę International Deejay Gigolo Records (dzięki temu stało się to w Niemczech wielkim klubowym hitem), ale także wydał grupie cały album – w limitowanej wersji. Na zaproszenie pana Hella Fischerspooner pojechali do Niemiec, aby w ramach Loveparade pierwszy raz pokazać się na europejskiej scenie.

Rok 2001 rozpoczął się wielkimi spektaklami w starym budynku banku (który miał zostać przebudowany na hotel) w Los Angeles. Występy Fischerspoonera były jedyne w swoim rodzaju i obłędne: dwunastka tancerzy, sztuczny śnieg, który spadał na publiczność, wybuchy brokatu i rozentuzjazmowana Courtney Love, która na after-show-party grała na górze bez perkusji. Dopełnieniem była perfekcyjna lokacja i ponadsiedmiominutowe video do "Sweetness", współczesna interpretacja mitu Kupidyna.

Nagły sukces Emerge na europejskiej scenie klubowej zaowocował szeregiem koncertów na całym świecie: festiwal Sonar w Barcelonie, Gigolo Party w Monachium, dalsze występy w Berlinie i dzikie show około 4 nad ranem na Transmuzycznym Festiwalu w Rennes, w czasie którego Casey obwieścił 4000 szalejącym fanom śmierć Michaela Jacksona, Madonny i Britney Spears.

W 2002 roku wyszedł ich długo oczekiwany debiutancki album „#1”. New Musical Express nazwał Fischerspoonera „najlepszym, co się przydarzyło muzyce od czasu elektryczności”. Poskutkowało to dalszym przedstawianiem grupy wszystkim mediom włączając w to pokaz „Emerge” dla BBC podczas Top Of The Pops. Na trzech do końca wyprzedanych występach w Deicht Projects Gallery (Soho, NY) zespół przedstawił swój nowy show zawierający jeszcze więcej teledysków, nową choreografię, sztuczną krew i jeszcze więcej brokatu. Tydzień później trupa znalazła się na pokładzie samolotu zmierzającego do Wielkiej Brytanii, gdzie miał miejsce ich debiut na żywo. Zaledwie 2 tygodnie potem wrócili do Londynu na prośbę Davida Bowie, żeby gościć na organizowanym przez niego festiwalu Meltdown w Royal Albert Hall. Hala została postawiona na głowie – Casey skakał ze sceny, płynął po tłumie, pirotechnika eksplodowała i szaleńczy fani wdarli się na scenę, gdzie ku uciesze Boya George’a i innych fanów z pierwszego rzędu Casey skopał im siedzenia.

Kylie Minogue tak polubiła ich remix „Come Into My World”, że zaprosiła Caseya na wspólny występ z tą piosenką na Top Of The Pops. Show ten nie spodobał się jednak angielskiej prasie brukowej, która okrzyknęła go mianem „tani” i „niesmaczny”.

Druga płyta duetu miała być zamkniętym albumem, bardziej przepełniony uczuciami i treścią niż poprzednik. Fischerspooner dążyli do ciepłego i bogatego dźwięku, kontrastującego z cyfrowym konceptualizmem rodem z „#1”. Muzycznie bardziej inspirowana klasycznym i psychodelicznym rockiem z dźwiękiem osadzonym na łagodnym i soczystym ambiencie. „Myślałem o piosenkach, które jako dziecko słyszałem w radiu” – mówi Warren – „ciepłych dźwiękach lat 70tych jak Fleetwod Mac czy Pink Floyd”.

Wskutek tego zmienił się cały proces twórczy. Warren próbował tak dobrze jak to tylko możliwe pracować z analogowymi dźwiękami i żywymi instrumentami – „w pewnym sensie stworzyłem wirtualny zespół”. Zaproszono do studia w Brooklynie muzyków sesyjnych, gdzie przy pomocy Nicolasa Vernhesa (Fiery Furnaces, Black Dice), ich wieloletniego inżyniera dźwięku i współpracownika nagrano około trzydzieści ścieżek instrumentalnych, z których powoli powstał album. W tym czasie Casey pracował nad tekstami, które były o wiele bardziej osobiste i nasycone emocjami niż te z poprzedniego albumu.

W czasie powstawania albumu para postanowiła poszukać pomocy u tekściarzy i muzyków z podobnymi zapatrywaniami co oni. Warren poleciał do Los Angeles, żeby popracować tam w Sunset Studios. Casey natomiast zadzwonił do dwóch pań, które na pierwszy rzut oka niewiele miały ze sobą wspólnego: autorki hitów Lindy Perry oraz Susan Sontag, czołowej amerykańskiej intelektualistki.

„We wrześniu 2003 natknąłem się na Susan” – przypomina sobie Casey – „odwiedziłem ją w domu z wyobrażeniem, że wyszukamy sobie coś z mojego notatnika i razem będziemy nad tym pracować”. Zamiast tego zniknęła po krótkiej dyskusji w swojej pracowni i wróciła po 15 minutach z wydrukowanym tekstem piosenki „We Need A War”. „Przeczytałem go sobie i stwierdziłem że nie będę w stanie wymówić słowa ‘wojna’”. Odpowiedziała zaskakująco: „Powinieneś się z tym słowem oswoić. Wczoraj nasz prezydent wydał 80 miliardów dolarów na wojnę w Iraku”.

Stopniowo rosła ilość półgotowych utworów na płytę, wiele miesięcy w studiu spowodowały zmęczenie i wzrost napięcia psychicznego. Praca nad „#1” przebiegała zupełnie inaczej – przede wszystkim trwała parę lat, poza tym panowie spotykali się wyłącznie przy nagraniach wokali (Warren programował muzykę w domu). Tym razem ślęczeli razem w studiu. Wciąż się nawzajem popędzali. W miarę jak przybywało im różnorodnych muzycznych pomysłów, pojawiły się konflikty. „Na początku było nieprzyjemne, stawiać proces twórczy w tak otwarty sposób, bo byłem przyzwyczajony pracować w pojedynkę. Potem jednak nagle zacząłem dostawać odpowiedzi dotyczące niedokończonych utworów.” – mówi Warren. „Stwierdziłem poza tym, że czasem człowiek wpada szybciej i na lepsze pomysły, gdy czuje presję i jest ponaglany.” A Casey dodaje: „Doprowadzaliśmy się obaj do szaleństwa podczas pracy nad tym albumem. Chcieliśmy stać się artystami, a to wymaga niełatwych zmian”.

Jednym z ostatnich kroków było wyszukanie francuskiego producenta Mirwais, który miał albumowi nadać ostateczny wygląd. „Bardzo mi się podobał jego solowy album, byłem pod wrażeniem, że mimo swojego wielkiego sukcesu w popbiznesie zachował swój indywidualizm. Pracowaliśmy nad ‘Odyssey’ ponad rok, nasze pomysły były na wyczerpaniu, a on dodał nam rozpędu swoją kreatywną energią i otworzył przed nami nowe perspektywy”, opowiada Warren.

„Odyssey” to tytuł który oddaje ich nieoczekiwaną emocjonalnie i artystycznie tułaczkę, która prowadziła do powstania albumu. Jest to na pewno krok naprzód dla Fischerspoonera. Tak jak w przypadku albumów którymi się inspirowali, także ich dzieło jest zarówno objawieniem w słuchawkach, jak i koniecznością dla klubów. Podczas gdy „#1” wyznaczała trend przełomu tysiącleci, „Odyssey” jest ponadczasową podróżą ze słodkimi melancholijnymi odcieniami i siłą niepokoju 21. wieku.

 Net:
http://fischerspooner.com/

Dyskografia:
2000 – Fischerspooner
2002 – #1
2005 – Odyssey

Do dyskusji o zespole zapraszamy na nasze forum.

Related Posts with Thumbnails

Zostaw komentarz