Uffie, Fenech-Soler, Annie Mac, Boy 8-Bit, 17.04.10 @ Arches, Glasgow

Trudno uwierzyć, że ta niepozorna pani z otoczoną loczkami głową, która stała sobie z boku sceny podczas występu Uffie to wspominana przez nas wiele razy najbardziej pożądana DJ Wielkiej Brytanii – Annie Mac. Firmowany przez nią cykl imprez pod szyldem Death Disco zwiedził nie tylko całe Wyspy, ale również dużą część amerykańskich electro-imprezowni. I właśnie pani Loczek, która dzięki swojej audycji w Radio 1 w wypromowała w Wielkiej Brytanii między innymi takich artystów jak Fake Blood, Frankmusik, Simian Mobile Disco czy Riton, tym razem zaprosiła Szkotów do zabawy m.in. przy dźwiękach znanej z niewyparzonego języka Uffie oraz swojej najnowszej zabawki – kwartetu Fenech-Soler. Nie trzeba dodawać, że niżej podpisany nie mógł ominąć takiego wydarzenia.
Tradycyjnie dla odbywających się na Wyspach imprez, zabawa tak naprawdę zaczęła się o północy, kiedy to na główną scenę wkroczyła odziana w jednoczęściowe „śpioszki” Uffie, która z powodu wulkanicznego pyłu w powietrzu musiała przecierpieć 20 godzin podróży autobusem z Francji. Na szczęście nie odbiło się to negatywnie na jej występie. Nie wszystko jednak wyglądało tak różowo. Od pierwszych taktów było słychać, że Arches, imprezownia mieszcząca się w opuszczonym dworcu kolejowym, nie daje rady pod względem akustycznym. Miłe dla oka ceglane łuki niestety bezlitośnie odbijały każdy dźwięk wydobywający się w głośników, co w rezultacie dawało zupełny brak selektywności brzmienia. Podkręcone do granic możliwości basy też nie pomagały. Wracając jednak do samego występu – zawiedzeni zostali Ci, którzy zakochali się kiedyś w brzmieniu, które dla Uffie wyczarowywał Feadz. Nowy skład koncertowy Uffie odzwierciedlał zmianę stylistyki – dwóch panów raperów, którzy obsługiwali również syntezatory i wokoder nie umywało się nawet do poprzedniego współpracownika artystki. Jedynym (!) utworem ze starszej ery było zagrane na bis „Pop The Glock” (chociaż coś), reszta kawałków pochodziła z zapowiedzianego na lato długograja. I trzeba to powiedzieć bez ogródek – wielu dotychczasowych fanów talentu raperki odwróci się od niej po usłyszeniu tych utworów. Całe szczęście, że „Pop The Glock” zostało odegrane w starej aranżacji, więc ostateczne wrażenie z koncertu nie było takie złe.
Nie czekając na pożegnania i obiecanki powrotu do Glasgow, popędziłem do tzw. Playroom’u, gdzie właśnie kończyli się rozstawiać Fenech-Soler. Przyznam się bez bicia, że to głównie dla nich postanowiłem zarwać weekend i stawić się w Arches. Jak się okazało – nie popełniłem błędu. Mimo słabego nagłośnienia, panowie dali z siebie wszystko. Widać było, że jeszcze nie są przyzwyczajeni do tego, że ludzie na dźwięk ich muzyki wpadają w niekontrolowany taneczny amok, a refreny znają na pamięć. Energią i pazurem z jakim zagrali krótki, bo tylko 45-minutowy set można było spokojnie obdzielić wszystkich występujących tamtego wieczora artystów. Zabrzmiały stare hiciory z dem i nieoficjalnych singli, takie jak skoczne „Lies”, niesamowite „The Cult Of Romance” czy „I Need Love”, ale nie zabrakło też kawałków, które mają znaleźć się na płytowym debiucie zespołu, z wspominanym przez nas „Stop And Stare” na czele. Widać było, że wszyscy czterej muzycy byli zupełnie zaangażowani w podarowanie widowni jak najlepszego występu, a niezbyt liczna, ale gorliwa publiczność nie omieszkała się odwdzięczyć. Przybierający przy mikrofonie dziwaczne pozy i modulujący swój głos na różne sposoby Ben Duffy raz po raz powtarzał z niedowierzaniem – thank you, thanks; a zmieniający się na syntezatorach i gitarach Dan Soler i Ross Duffy wraz z perkusistą Andrew Lindsay’em najwyraźniej sami bawili się świetnie. Niestety, co dobre, szybko się kończy i Fenech-Soler w końcu zniknęli ze sceny, a ja pobiegłem zobaczyć resztę setu Boy 8-Bit w sali nazwanej Dance Arch.
W tym momencie zaczynają się największe zawody tej nocy. Znany ze swojego miksu ośmiobitowych dźwięków i bezpardonowego electro-house’u Boy 8-Bit zaparkował swój DJ-set w okolicach prostackiego deep-techno i już się więcej nie wysilał. Złożone tylko z rytmu, pozbawione jakiejkolwiek melodii kawałki zlewały się w jedno, tak, że nawet nie chciało się ruszyć małym palcem do rytmu, nie mówiąc o tańcu. Przed drugą w nocy, zniesmaczony i pełen nadziei na dobry set organizatorki imprezy przeniosłem się znowu pod scenę główną, gdzie tłoczyło się już mrowie żądnych potu i rytmu tancerzy. Annie Mac zjawiła się punktualnie co do minuty, witając nas swoim charakterystycznym ochrypłym głosem. Pomyślałem sobie, że jeżeli zagra takie świeże parkietowe mięsko, jakie serwuje co tydzień w swojej audycji, to będę tańcował chociażby i na głowie. Niestety, czekał mnie kolejny zawód. Gwiazda wieczoru, jak gdyby chcąc kontynuować nieudane pomysły Boy 8-Bit, zaserwowała nam parujący talerz odchodów w formie surowego jak tatar techno, odartego z wszelkiej struktury, melodii czy pomyślunku. Większości z otaczających mnie tancerzy w tym stopniu upojenia najwyraźniej wystarczał już tylko miarowy rytm, ponieważ wyglądali na całkiem zadowolonych. Ja jednak oczekiwałem od radiowej krzewicielki electro co najmniej czegoś na miarę jej radiowych ekscesów. Wynika z tego, że, jak niestety wielu innych DJów, Annie grając w klubie czuje się zobowiązana przywalić basem i nieskomplikowanym bitem dla nieskomplikowanych ludzi. Najśmieszniejszą w tym wszystkim rzeczą jest to, że jeśli chodzi o didżejów tak naprawdę bawiłem się najlepiej przy lokalnym rozgrzewaczu, który grał tuż przy wejściu do klubu na samym początku imprezy. I w tym tkwi problem – im bardziej popularny staje się jakiś gatunek muzyczny, tym bardziej stara się schlebiać pospolitym gustom, co nigdy nie wychodzi mu na dobre. I w ten sposób niepozorny support bije obydwu popularnych didżejów razem na głowę.











Ciekawa recenzja :)