Imogen Heap, Tim Exile, Back Ted N-Ted, 8.02.10 @ ABC Arena, Glasgow

Kiedy niecałe 200 kilometrów od miejsca zamieszkania za śmieszne pieniądze można zobaczyć dwójkę genialnych muzyków w wielkiej hali – na żer wychodzą koncertowi skąpcy, tacy jak niżej/wyżej podpisany. Eklektyczna Zosia-Samosia rzewnego electropopu Imogen Heap w końcu zawitała z trasą promującą swój najnowszy album Ellipse na Wyspy Brytyjskie. Dodajmy, że kilka dni wcześniej dzięki tejże samej płycie jako pierwsza kobieta w historii zgarnęła statuetkę Grammy za najlepszy samodzielnie wyprodukowany album.

Trasa Ellipse jest na tyle ciekawie zbudowana, że jako rozgrzewacze przed koncertami Imogen służą Tim Exile – cudowne dziecko loopera z wytwórni Aphex Twina oraz Back Ted N-Ted – elektro-akustyczny szansonista rodem z Arizony, którzy później wspomagają na scenie główną gwiazdę wieczoru. Nie było więc mowy o spóźnieniach kulinarnej proweniencji – po zjedzonym w biegu burgerze stawiliśmy się punktualnie pod ABC Arena.

Po krótkim wstępie, w którym Imogen powitała publiczność i zapowiedziała pierwszego artystę, na scenę wskoczył rudy jak marchewka i wyposażony w gitarę Ryan Breen, czyli jedyny członek projektu Back Ted N-Ted. Mimo, że jego nagrania dostępne w internecie należą raczej do spokojnych, tym razem zaprezentował skoczną setlistę złożoną głównie z numerów z Epki Hookie. Wyginając swoja wyjątkowo elastyczną facjatę w niemal urągające prawom fizyki grymasy, pan Breen pokazał, że potraktował misję rozgrzania publiczności bardzo serio. Co z tego jednak, skoro szkocka publiczność przez cały występ nie raczyła nawet potupać nóżkami. Po pięciu krótkich numerach i kolejnym przerywniku autorstwa maestro Heap, Back Ted N-Ted ustąpił miejsca muzykowi, którego najbardziej wyczekiwałem.

Tim Exile, wielu entuzjastom muzyki drum’n’bass znany jako autor niesamowicie skomplikowanego improwizowanego albumu nagranego live pod tytułem Nuisance Gabbaret Lounge, z profesjonalizmem i charyzmą wziął w obroty nieruchawą publikę, prezentując trzy improwizowane i dwa znane z zeszłorocznego Listening Tree utwory. Szalejąc za swoim magicznym stoliczkiem, Tim wykręcał i łamał dźwięki do granic możliwości, w pewnym momencie nawet zeskoczył prosto w widownię, uzbrojony tylko w bezprzewodowy mikrofon i staromodny dżojstik, który, najwyraźniej sprzężony z jego sprzętem, pozwalał mu na modulacje i loopowanie jego beatboxu i wokali. Jedna z improwizacji powstała z różnych okrzyków widzów, a kolejną Tim oparł na czyimś spotrzeżeniu, że stoimy pod drugą co do wielkości kulą dyskotekową w Europie (a faktycznie, gargantuicznych rozmiarów kula podwieszona pod sufitem mogłaby z powodzeniem zamienić koncert w jatkę). Ja jednak bardziej zwróciłem uwagę na koncertowe wersje ekstremalnie połamanych electro-hymnów z ostatniej płyty muzyka – Don’t Think We’re One i nieustannie zmieniające tempo Family Galaxy obudziły apetyt na więcej, ale ku mojemu zawodowi Tim również zniknął ze sceny po pięciu utworach.

Nadszedł czas na główną atrakcję wieczoru. Publika, która dotychczas stała nieruchomo jak wiekowy las namorzynowy w końcu zaczęła przejawiać jakiekolwiek objawy inteligentnego życia. Było jasne, że znakomita większość widowni przyszła tego wieczoru obejrzeć lekko niezdarną i jąkającą się, ale przez to tak ludzką i ciepłą Imogen Heap. Zaznaczę tutaj, że wcześniej niestety trochę strzeliłem sobie samobójkę oglądając przekaz na żywo z nowojorskiego koncertu Heap, więc jej zabawne historyjki i przerywniki, których nie brakowało między utworami nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak powinny. Po obowiązkowym First Train Home, gospodyni niestety wpadła na długi czas w bardzo mało koncertowy set, składający się głównie z zagranych na pianinie wyciskaczy łez, których na nowej płycie nie brakuje. Całe szczęście urozmaicony on został jednym z lepszych kawałków z poprzedniego dzieła Heap, Headlock, oraz zaraźliwie rytmicznym Bad Body Double, w którym jako tytułowy zły dubler wystąpił przebrany w kobiece fatałaszki i poczochraną perukę Ryan Breen. Widać było, że Imogen podłapała od swoich przyjaciół kilka trików – jej sceniczny entourage składał się nie tylko ze zwyczajowej dziwacznej fryzury i dziewczęcej sukienki. Artystka cały czas miotała się po scenie, kontrolując miriady pedałów loopujących, gongów, przeszkadzajek i talerzy, które publiczność słyszała dzięki mikrofonom przyczepionym do jej nadgarstków, a w pewnym momencie nawet zaczęła wywijać nad głową dziwnym świszczącym instrumentem, który wyglądał jak skrzyżowanie niemożliwie długiego dildo ze zwiędłym mieczem świetlnym. Zdecydowanie najlepiej wypadały żywsze numery, takie jak Swoon, The Walk, czy Tidal, w których cały skład koncertowy był obecny na scenie, a Heap odrywała się od pianina i próbowała poderwać publikę do zabawy. Niestety – tutaj szkoccy fani powinni zwiesić głowy w hańbie – poza kilkoma kołyszącymi się niemrawo osobami, jedynym znakiem ich obecności były oklaski i okrzyki pomiędzy utworami. Doszło do tego, że skacząc, krzycząc i śpiewając, człowiek miał wrażenie, że przeszkadza ponuro zerkającym na niego sąsiadom, co przecież na koncercie jest efektem bardzo niepożądanym.

Zdesperowana Imogen zwróciła się w końcu ku bardziej bezpośrednim środkom, podczas bisów prosząc publiczność, by pomogli jej w śpiewaniu jednego z głosów wokoderowego hitu piosenkarki o tytule Hide And Seek (przy której to okazji nie poskąpiła cierpkich komentarzy Jasonowi DeRulo, który w swoim przeciętnym r’n’b wykorzystał sample z tego utworu, podkręcając je w stylu iście wiewiórczym). W kolejnym utworze – również świetnie znanym Just For Now – Imogen oświadczyła, że wykorzysta nas jak swój pedał loopujący (co po polsku brzmi zdecydowanie niepokojąco) i dzieląc publikę na trzy części poprosiła nas o śpiewanie podkładu acapella w kanonie, podczas gdy sama wykonywała na tym lekko rozchwianym tle główny temat kawałka. Koncert zakończył się nastrojowym The Moment I Said It, ale niestety pozostawił po sobie wrażenie niedosytu. Jak już wspomniałem, większość koncertu oparta była na oszczędnych fortepianowych balladach, które jednak nie odniosły spodziewanego atmosferycznego efektu i sprawiły, że cała setlista zrobiła się nieco senna. Koncert uratowała osobowość mistrzyni ceremonii, która z niewymuszonym uśmiechem utrzymywała cały czas kontakt z publiką, komentując humorystycznie jakiekolwiek potknięcia i problemy ze sprzętem, które przy takiej ilości instrumentów chyba były nieuniknione.

Cokolwiek nie powiedzieć o trasie Ellipse, która dosyć diametralnie różni się od poprzedniej, to zdecydowanie warto zobaczyc Imogen Heap w akcji, szczególnie, że akompaniują jej nieprzeciętnej klasy muzycy. Chociażby właśnie po to, żeby poskakać przy tych nielicznych hitach i pogrzać się w cieple promieniującym z tej niepozornej osoby.

Related Posts with Thumbnails

Zostaw komentarz