2009-10-16/17 Warszawa – Free Form Festival – Koneser

Na Free Forma pojechałem, ponieważ lubię muzyczne festiwale. Ten wydał mi się ciekawy poprzez mnogość atrakcyjnych artystów w lajnapie. Chciałem podkreślić, iż to właśnie ilość interesujących person mnie zachęciła – gdyby któryś z występujących tam artystów miał swój samodzielny koncert, chyba nie chciałoby mi się tłuc do Stolicy aż z Wrocławia. Jednak określenie, iż jest to wielki festiwal małych zespołów wydaje mi się ciut krzywdzące… No ale do rzeczy:

Organizacja ogółem
Nigdy nie byłem na poprzednich edycjach FFF, ani też w Centrum Kultury Koneser – nie wiedziałem zatem czego się spodziewać. Rozpieszczony wieloma masowymi imprezami, w których miałem przyjemność uczestniczyć m.in. tego lata, nastawiłem się nie tylko na muzykę, ale na całe otoczenie festu, m.in. na wizualizacje, scenografię, dekoracje, wystrój wnętrz i inne elementy umilające nie tylko odbiór dźwiękowy, ale także samą przyjemność przebywania na terenie festiwalowym. Byłem bardzo zaskoczony brakiem tych wszystkich dodatków. Jako wykształcony architekt rozumiem charakter betonu oraz surowy, industrialny pofabryczny klimat… ale jako gość imprezy czułem się trochę oszukany. Wystroju wnętrz praktycznie nie było: miejsca gdzie znajdowały się Scena Grolsch (główna) oraz Scena Klubowa, poza rozstawionymi na nich scenami, w niczym nie przypominały miejsc koncertowych czy też klubowych (brak świateł na parkiecie lub jakichkolwiek innych elementów umilających taniec i odbiór muzyki). Zdaję sobie sprawę z tego, że są to detale, ale to właśnie w nich tkwi diabeł i jak na wysoką cenę biletu (160zł za dwa dni / 80-100zł za 1 dzień) wyglądało to naprawdę biednie.

Zanim przejdę do pozytywów organizacyjnych (których przecież nie brakowało), muszę wspomnieć o wadach Sceny Klubowej, która budziła we mnie najwięcej sprzecznych uczuć. Ja rozumiem, że znajdowała się ona w pomieszczeniu o ograniczonej wysokości, ale może jest to właśnie powód, aby jednak nie robić tam takich imprez? Stojąc 2 metry od barierki nie widziało się występującego artysty, co w przypadku takich sztukmistrzów winyla jak np. Birdy Nam Nam, gdzie połowa przyjemności bierze się w obserwowaniu wykręcanych skreczów, było bardzo denerwujące (nie mówiąc o kłopotach z widocznością przy występie Vive la Fête ze słodziutką Els Pynoo na wokalu :P ). Troszeczkę nadrabiały to live-camy pokazujące na telebimach co aktualnie się dzieje na scenie, no ale wiadomo, że nie o to chodzi…

Co do nagłośnienia Sceny Klubowej mam mieszane uczucia: z jednej strony przy subtelniejszych dźwiękach można było naprawdę idealnie posłuchać koncertu, jednak przy występach z większym kopem cholernie brakowało pulsującego basu, który chciałoby się poczuć nie tylko od strony sceny, ale też, i to zwłaszcza, od dołu. Strasznie tego brakowało m.in. podczas setu DJ Fooda, który wplatał kawałki drum’n’bassowe (gdzie bass jest od razu po drum najważniejszym składnikiem tej muzyki przecie).

Inaczej rzecz się miała ze Sceną Grolsch: idealnie nagłośniona w każdym miejscu sali. Nie była to głośność „dyskotekowa” waląca i kłująca w uszy, ale dobrze wyważona i stonowana, pozwalająca delektować się bardziej subtelnym brzmieniom. Kontynuując wypisywanie zalet, bardzo spodobał mi się pomysł z umieszczeniem w namiotach z jedzeniem i piciem ekranów pokazujących aktualną sytuację na scenie głównej. Można było sobie spokojnie sączyć złocisty napój (brawa za możliwość kupna butelkowego piwa!) i bacznie obserwować, czy wyczekiwany artysta już się pojawił (bo z punktualnością to różnie bywało). Jak już jesteśmy przy gastronomii, to nie wiem jak to organizatorzy wykombinowali, ale pomimo ogromu uczestników festiwalu, nie było najmniejszych problemów z kupnem piwa/drinka/zapieksy. Kolejki do WC również były rzadkością.

Scena Grolsch
Liderem tej sceny został dla mnie Herbaliser występujący dnia pierwszego. Zaczynając koncert znajomymi samplami z Same As It Never Was wprowadził publiczność w pogodny wesoły funkujący stan. Prawdziwy ogień pojawił się dopiero gdy na scenę weszła Jessica Darling – kobieta, której wdzięki są wprost proporcjonalne do siły głosu. Takimi kawałkami jak m.in. Can’t Help This Feeling czy Clap Your Hands sprawiła, że publiczność oszalała. Reszta zespołu wykazała się równym profesjonalizmem – każdy dźwięk zagrany był z iście jazzową precyzją i dokładnością. Szczególnie miło oglądało się DJa Ollie Teeba odnosząc wrażenie, iż żaden jego skrecz nie powstaje z przypadku, że wszystko ma starannie zaplanowane (co zresztą było prawdą). Grali głównie kawałki z płyty Same As It Never Was, co bardzo mnie ucieszyło, gdyż jest ona jednym z moich bestów roku 2008.

Drugie miejsce tej sceny daję ex aequo występom Who Made Who i Karla Bartosa. Tych pierwszych miałem przyjemność widzieć już po raz trzeci, więc wiedziałem, że mogę się spodziewać prawdziwego parkietowego szału, pięknie ukoronowanego wariacją na temat Satisfaction (dla przypomnienia, kilka tygodni przed festiwalem udało nam się przeprowadzić z chłopakami wywiad – pierwszy wywiad z Who Made Who w polskim Internecie :) ).


Karl Bartos @ Free Form Festival / Poland 2009

Karl Bartos z zespołem dali genialny koncert zawierający (czego można się było spodziewać) stare i wieczne jare przeboje Kraftwerka po raz kolejny udowadniając, iż to właśnie oni są mistrzami, klasykami a przede wszystkim pionierami całego synthpopu i electro. Zamykając oczy, wsłuchując się w ich muzykę z przetworzonym elektronicznie wokalem, przenosiliśmy się rzeczywiście do lat osiemdziesiątych. Po ich otworzeniu wrażenie to było potęgowane poprzez wizualizacje z elementami właśnie z tamtych czasów (przedmioty, meble, o charakterystycznym dla 80s dizajnie lub też elementy typograficzne i graficzne). Trzech starych facetów, o układzie choreograficznym mniejszym niż zero, oczarowało dwa razy młodszą publikę, która również nie pozostała dłużna. Widać było, że panom podobał się odbiór, gdyż na stanowczych lodowatych twarzach robotów w końcówce występu zaczęły pojawiać się uśmiechy aprobaty. Dzięki Karl nie tylko za wyśmienity koncert, ale także za posunięcie muzyki elektronicznej do przodu!


The Orb @ Free Form Festival / Poland 2009

Zaraz po występie Niemców na scenę weszli panowie z The Orb, którzy poniekąd byli największą gwiazdą festiwalu. Miło się oglądało występ dwóch sympatycznych dziadków, którzy co i rusz albo przybijali sobie piony, albo wymieniali między sobą żarty. Ich set jednak był dość nierówny, nie ukrywam, że w pewnym momencie trochę męczący. Szkoda, bo to legenda, a zagrali dość średnio, o technicznych wpadkach nie wspominając.

Największym niewypałem artystycznym Sceny Grolsch (i festiwalu w ogóle) był występ super grupy 3D Disco™ reklamowanej jako „najbardziej zaawansowane technologicznie taneczne doznanie (…) pionierski pomysł, który wznosi muzykę na zupełnie nowy poziom„. Spodziewałem się prawdziwego kosmicznego show, a dostałem… kartonowe okularki 3D i zrobione pod nie wizualizacje o całkiem przeciętnej zawartości, polane sosem skocznych numerów sprzed dekady. Ponadto widok pozostałej już na parkiecie garstki zdegustowanych ludzi w tych samych okularkach przyprawiał mnie o skojarzenia z co najmniej podrzędnej dyski, a co najwyżej z white sensation.

Scena Klubowa
Niekwestionowanym zwycięzcą Sceny Klubowej (jeśli nie festiwalu w ogóle) zostaje kwartet Birdy Nam Nam. Niech ktoś mi wytłumaczy, jak to się dzieje, że od wielu lat o najlepszej hedonistycznej zabawie, najnowszych elektronicznych tanecznych i muzycznych trendach wiedzą najlepiej Francuzi? Set, który Birdy Nam Nam zaserwowali w sobotę, był wszystkim tym co w dzisiejszej muzyce imprezowej wymarzone: iście bangerowe brzmienie, rockowa energia, bit electro… a to wszystko o dziwo grane live na czterech winylach! Spodziewałem się „po prostu” koncertu przedstawiającego turntablistyczne umiejętności, a dostałem (ponad to, o czym była mowa rzecz jasna) ścianę potężnego dźwięku uderzającą prosto w mózg. Zasięgając opinii wśród uczestników Festiwalu zauważyłęm, że zdecydowana większość podzielała moje zdanie – ludzie zostali absolutnie zmiażdżeni. Tak się powinno robić imprezy, z taką siłą i energią powinno się grać! Jak ktoś mi jeszcze raz spróbuje wmówić, że minimale są rozrywkowe to centralnie mu prychnę w twarz. Birdy Nam Nam na prezydenta!

Birdy Nam Nam @ Free Form Festival / Poland 2009:

Aby jeszcze bardziej wzmocnić pozycję BNN, miejsce drugie Sceny Klubowej pozostawiam puste. Miejsce trzecie dostaje zatem Vive LA Fête. Oglądając ich miałem nie odparte wrażenie, że grają bardzo bardzo podobnie jak nasi rodacy z Yummy Cake: też electro-punkowa zadziorność, również electroclashowe tło, a wisienką na torcie podobieństwa była blondyna na wokalu ;). Dali bardzo dobry, mocny, niemalże rockowy koncert.

Tuż za nimi w kolejce atrakcyjności imprezowej stoi Dj Food & Dk. Ich set był bardzo przyjemnym akcentem na zakończeniem festiwalu: ciekawe rytmy, pomieszanie funka, hip hopu, mocne akcenty drum’n’bassowe i dubstepowe, do tego nutka hiciorów (m.in. Prodigy). Interesujący set, a do tego mocno taneczny. Czego można chcieć więcej?


DJ Food @ Free Form Festival / Poland 2009

Zawsze szkoda jest mi artystów, którzy na takich festiwalach grają jako pierwsi, gdyż często muszą stawić czoła niemalże pustym salom. Mimo, iż jednak trochę ludzi się pojawiło przed sceną, zbyt delikatne dźwięki zespołu Plastic nie rozgrzały widowni. Koncert jednak mi się podobał – jak zwykle pokazali klasę, a Aga przy okazji nową kreację w kwiatuszka(?), motylka(?) :D W każdym razie bardzo pozytywnie!

Okropnie żałuję, że nie zobaczyłem zbyt wiele z występu Luomo, który grał na zakończenie pierwszego dnia festiwalu. Trudno powiedzieć, czy to z zimna panującego już i tak w dość opustoszałej sali, czy to przez późną porę, czy może ze względu na monotonne bity… nie ja jedyny obrałem w tym momencie kierunek >szatnia >taksówka >dom.

Na koniec
Oswajając się z topornym klimatem wnętrza Konesera… cały festiwal oceniam bardzo dobrze. Warto było jechać prawie 7 godzin w jedna stronę, aby obejrzeć tych kilka kapel i przyjemnie spędzić czas. Sporym mankamentem była zima, która zaskoczyła klubowiczów, no ale trudno za to kogokolwiek winić. Doskonała różnorodność muzyczna zrobiła swoje i dzięki temu będę z niecierpliwością wypatrywał lajnapu na kolejną edycję.

Skromną galerię z Free Form Festu możecie obejrzeć tutaj!

Related Posts with Thumbnails

4 Komentarze to “2009-10-16/17 Warszawa – Free Form Festival – Koneser”

  1. [...] Jeszcze Koneser nie zdążył ostygnąć, a my już przyszykowaliśmy Wam zbiór wybranych fociszy z tegorocznego Free Forma. Chwytaniem chwili zajął się the one & only Draq – jeżeli wolisz opis słowny, zapraszamy tutaj. [...]

  2. cyt: „Okropnie żałuję, że nie zobaczyłem zbyt wiele z występu Luomo, który grał na zakończenie pierwszego dnia festiwalu…….”

    Zostając zobaczyłbyś wielką porażkę organizacyjną! Prawdopodobnie to wydarzenie pozostawiłoby u Ciebie niesmak taki jak w naszym przypadku. Artysta został potraktowany w sposób co najmniej nieodpowiedni. Takie niedociągnięcie spowodowało, że nie mamy ochoty więcej pojawić się na FFF.

  3. @aik: możesz rozwinąć ten temat?

  4. Koncert The Orb też został przerwany. Jakiś koleś od organizatorów wpadł i zaczął się kłócić z Patersonem. Ten nie wytrzymał pokazał mu faka i przerwał granie.
    Dla mnie Orb to cudo i zwyczajnie nie mogę krytycznie podejść do tej formacji. Brakowało dobrych świateł, instrumentów ( orb walił samą dj – ke ). The Orb do Polski już nie przyjedzie- na koncercie bawiło się początkowo 200 osób, póżniej zostało 40 fanów- orbików. Dziennikarze uciekli po 10 minutach, fani po 20.
    Nie szkodzi. Być może koleś o największej wyobraźni muzycznej w historii odwiedził Polskę – i to jest fajne.
    Teraz trzeba za orbem ruszać w świat, może tam zobaczymy prawdziwego Orba z perkami i wizualizacjami.

Zostaw komentarz