WhoMadeWho – WhoMadeWho

Chłopcy z WhoMadeWho, jak mi się bezbłędnie zdaje, są na dobrej drodze, by zapisać się pozytywnie w annałach historii muzyki rozrywkowej. Mimo, że niedoceniani, to jednak starają się swoją fuzją stylów mieszać nie tylko w swoich piosenkach, ale również na niepopularnych listach przebojów (bo jednak warto wierzyć, że nie każdemu artyście chodzi o maksymalną komercjalizację). Tezy tu postawione są już naznaczone przeszłością i dość obfitą działalnością zespołu. Obfitą w kresy błędów i wypaczeń, jak również w dni umiarkowanej chwały, gdzie każdy liczący się serwis w światku (tak, nasz też) odnotowywał skrupulatnie kolejne posunięcia kapeli. Dlatego warto sobie wspomnieć, jak to było, kiedy pierwsze było Słowo.
Debiut WhoMadeWho ma już cztery lata. Obecnie wydaje się to szalenie odległy okres, w czasie którego dokonało się zbyt wiele, by ogarnąć poszczególne zdarzenia, małe rewolucje, jedno sezonowe gwiazdki, jak i rodzących się następców oddających pałeczkę dinozaurów. Emerytura dotyczyła też oczywiście gatunków, wielu zapomnianych estetyk, w których zawierała się nie tylko muzyka, lecz także fashion, design, bądź zwyczajnie sposób na życie. Gomma, jako label, zajęła się kilka lat temu oswajaniem młodzieży z revivalem disco końca lat siedemdziesiątych, wzbogaconego o elementy electro i funku. Jednym z bardziej chlubnych przykładów była rzeczona płyta kwartetu.
Długo się nie zastanawiając wrzuciłem rzecz do odtwarzacza, by jeszcze raz wspomnieć zapomniane tchnienia naiwnej młodości i nie ukrywam, że po raz kolejny się nie zawiodłem. Tak jak lubię dźwięki okalające moje myśli z metamatematyczną precyzją, tak tym razem kolejny raz odświeżenie głowy inną konwencją zdało egzamin. Nie przebierali w środkach od samego początku łagodnym pulsującym kawałkiem, prezentując, że nie samym Nowym Jorkiem muzyka stoi (zwłaszcza dance punkiem i DFA). Pierwszy alternatywny evergreen przychodzi już na wysokości Space For Rent, pozostawiając słuchacza z przyjemną melodią, młodzieńczym, przyjemnie naiwnym tekstem, ale fakt faktem, głównie dobrym, dopracowanym kawałkiem. Słychać, że w studiu czasu nie marnowano na wspólne picie kawy, dopieszczając każdy utwór odpowiednim brzmieniem, które przywodzi na myśl najbardziej chwalebne momenty z okresu, gdy delta Missisipi była na ustach całego świata (a to wielka sztuka, produkować i nie przeprodukować – upragnionej surowizny też tu dostatek). W Hello, Empty Room funkowe inklinacje dają o sobie znać jeszcze bardziej, wysuwając kawałek na czoło jeśli chodzi o przeboje zespołu. Specyficzne frazowanie gitar mocno zapada w pamięć jeszcze na wysokości Out The Door, zwłaszcza w śpiewnym refrenie. Aby nie pomijać istotnych kwestii, warto zwrócić też uwagę, że WhoMadeWho nie byli ignorantami jeśli chodzi o historię muzyki, świadomi tego, że synkopy, schaffelbeat, narodziły się właściwie dzięki glam-rockowi, a o czym na szczęście przypomina udany Monkeys. Reszta utworów subtelnie się wtapia w tę wycieczkę po paralelnych przestrzeniach przeszłości i teraźniejszości (o tej drugiej świadczy wydajne wykorzystanie elektroniki), nie będąc jednak tylko niegodnym tłem, na co zwracają uwagę dające chwilowy oddech dwie pościelówki (polecam zwłaszcza I Love, szkoda, że tak nagle przechodzący w kolejny kawałek). Równie dobre jest zakończenie albumu w postaci Green Dogs, który pozostawia u słuchacza jedynie chęć do ponownego odsłuchania płyty (odsłuchania, a nie przedawkowania). Pochwał, oprócz konkretnych tracków, nie mogłem się wyprzeć zwłaszcza w przypadku sekcji, a docelowo basisty. Wykonał na albumie kawał solidnej roboty umiejętnie żonglując stylem grania, raz to napędzając, we właściwych momentach zwalniając, a jednak głównie pulsując, pierdząc, robiąc wszystko, by ów instrument nie zginął w nieprzepastnej kanonadzie dźwięków, jaką serwują WhoMadeWho.
Niestety nie jest do końca idealnie – nuży ilość utworów, na szczęście nie długość albumu. Podejrzewam, że gdyby dwa, trzy słabsze usunąć, a kolejne dwa rozbudować, to rzecz mogłaby się stać jednym z bardziej upragnionych krążków AD 2005. Ale oprócz tego znikomego mankamentu dostrzegam, że revival nie wziął się znikąd, a sam zespół przygotował sobie stosowny grunt pod równie udane The Plot. Pozostaje czekać na kolejny ruch Gommy i zespołu, który wyniesie ich na choćby chwilowy Olimp wielkich współczesnych.
2005 // Gomma
Ocena: 7/10
01. Rose
02. Space For Rent
03. Johnny Lucky
04. Hello, Empty Room
05. Cigar
06. Out The Door
07. Cigar
08. Small Wonders
09. Monkeys
10. The Loop
11. Shake Your Boat
12. I Love
13. Happy Girl
14. Manuelle Mittelwelle
Bonus Track
15. Satisfaction










