Vein Cat – Fold EP

Nareszcie mam okazję na wylewność. Nasz portalowy przyjaciel wykazał się odwagą oraz samozaparciem wydając własnym sumptem epeczkę, która jest świadectwem jego ponadprzeciętnych umiejętności. Fold – bo taki nosi tytuł przynosi wiele, niekoniecznie niespodzianek, ale na pewno kawałek dobrej jakości muzyki, która, bez ogródek, skłaniać może do głębszych refleksji.
Ale zanim przejdzie się do daleko idących wniosków warto najpierw płytę wsadzić tam, gdzie się powinno (i nie jest to wiadoma część ciała). Rusza, niewiele ponad 25 minut muzyki. Muzyki, która kojarzy się z najoczywistszymi oczywistościami, co wcale nie czyni z Vein Cata nieudolnego epigona gatunku. Nadzwyczaj umyślnie łączy klasyczne brzmienia, ciągle też eksplorując swoje najbardziej wyraziste cechy. Już kawałek tytułowy, który przejeżdża po densflorze niczym walec, uzmysławia, że mamy do czynienia z kimś naprawdę nietuzinkowym. Nowofalowy wokal, masywne, zimne brzmienie, idealnie dobrane akordy i dźwięki klawikordu przenoszą kolejnych tancerzy w niby-mroczną krainę wykonawcy, który celowo słowiańską angielszczyzną prezentuje w electro to, co najsmakowitsze. Drugi kawałek jest jak dla mnie niestety pomyłką przy pracy, nie znalazłem w tym utworze nic, co mogłoby mnie przekonać, ba, nawet na demówkach Vein Cat dawał nam o wiele więcej uciechy. Na szczęście jednak reszta kompozycji wtłacza się w znany nam już powszechnie trend (oby na wszystkich Pink Kong Festach grali Wet Roses). Słowem: pan Daniel stworzył kolejne cuda, które już pewnie są z dumą odtwarzane na jego live-actach, nie pozostawiając złudzeń, że to będą absolutne sztosy, godne nawet poważniejszych parkietów, niż te z naszego rodzimego podwórka.
Dlatego refleksje są nad wyraz odważne – czy rzeczony artysta składa już w całość swojego długograja? Czy przymierza się do zaanektowania serc i uginających się kolan fanek spoza granic? Czy wykorzysta wreszcie wszystkie swoje atuty, by nagrać dzieło, którym da się żyć, tak jak się niegdyś żyło pierwszą płytą Miss Kittin oraz Hackera? Życzę mu tego, bo nie ukrywam, że chłopakowi się to należy. Mimo 256 odcieni czerni, jakimi obdarza nas za pomocą swej muzyki, udanie wybija się na badzo chimerycznej scenie nie tylko polskiego electro, ale na polskiej niezależnej scenie w ogóle. Podejrzewam, że za dużo tu lukru (którego nie znoszę), ale faktycznie się chyba sprawy mają, tak jak zostały opisane, czyż nie?
2009 // Sequineye
Ocena: 8/10
01. Fold
02. Cat Scratch Fever
03. Only Me
04. Wet Roses
05. Mock











Kurde, mój ukochany utwór pomyłką przy pracy?
Wypnij tyłek, ale już!
Boska epka, kto nie miał jeszcze okazji zapraszam http://veincat.com/shop.html
no dokładnie, cała płytka miszcz bez dwóch zdań!!!
„..wydając własnym sumptem epeczkę” – hahahah, no może jednak choć mały ukłon w stronę ‘Saturator Label’, który przez 3 lata swojej działalności wspomógł swoim wydawnictwem niejednego artystę ;P