The Presets – Beams

- Ty, a co to znaczy właściwie „klasyka”? – spytał się niespełna siedem lat temu Julian Hamilton swojego znajomego, Kima Moyesa.
- Wiesz, to pewnie taki rodzaj dzieła, które jest nie tylko z klasą tworzone, ale też z klasą odbierane i poważane. No wiesz, taka rzecz, o której powinno się mówić w nomenklaturze dziecka po raz pierwszy w pełni podchodzącego do mszy świętej – odpowiedział mu natenczas, po czym obaj na długie dwa lata zaszyli się w małym australijskim studio, by w pełni oddać się eksplorowaniu swoich napiętych do granic możliwości emocji i przekuć je w możliwie jak najbardziej przejmujący zestaw utworów do zabawy, refleksji, łamania kołem i mycia garów.

I tak możliwie mogła się zacząć historia związana z tymi dwunastoma wiązkami promieni, które spięte w jeden album emanują do dzisiaj światłem żywym, ciepłym, ale nie oślepiającym. O płycie mówiono już na wielu łamach, a sam duet wyniosła ona do rangi jednych z najznamienitszych gwiazd współczesnej muzyki niezależnej, co drugim albumem już tylko wybitnie udowodnili.

Ale do rzeczy. Siła jaka tkwi w Apocalypso nie wzięła się znikąd, charakterystyczne cechy twórczości, budowania napięcia, posępnego, ale nie depresyjnego, klimatu jest tutaj też pod dostatkiem. Dość powiedzieć, że Beams wcale następnikowi nie ustępuje. Prowadzi zgrabnie przez dwanaście zaskakująco równych kompozycji (choć są też równiejsze, ale o tym później), droczy się, wodzi za nos, a wszystko z ciągle wyczuwanym przymrużonym okiem. Na uwagę zasługuje wykorzystywanie żywych instrumentów, a można przecież było rzecz stworzyć o wiele taniej. Przykuwa też dramaturgia, brak nadęcia, znikoma ilość ozdobników, które tak często niepotrzebnie słodzą w podobnego typu produkcjach. Wszystko jest powiedziane bezkompromisowo i wprost, choć Julian nie śpiewa tu jeszcze z operową emfazą, a głos wykorzystuje o wiele oszczędniej, raczej nawiązując do tradycji punk/HC, czyli po prostu często wykrzykując dane kwestie (i tu najbardziej wyrazistym przykładem jest Down, Down, Down). Ale mimo wszystko ubogo nie jest, magnetyzm niemalże każdego z kawałków tkwi w dużej umiejętności przykuwania uwagi słuchacza metodami jawnie znanymi, ale rzadko wykorzystywanymi, mianowicie – siła tkwi w prostocie. Im prostsza linia melodyczna, im mniej skomplikowany refren, im mniej pustosłowia, a więcej zwrotów łatwo zapamiętywalnych (ale sugestywnych), tym więcej uciechy z samego słuchania. Dowody? Steamworks, Are You The One?, wspomniane Down, Down Down, Girl And The Sea, Kitty In The Middle, Girl (You Chew My Mind Up) – każdy z wymienionych utworów pretendować może do miana singla, hitu, evergreena, jakkolwiek by tego nie nazywać, na pewno wielkiego przeboju. A mimo tego idealnie wpisują się w całość, która wbrew pozorom układa się tu całkiem logicznie, ani razu nie burząc atmosfery całości, a właściwie im dalej w las, tym bardziej ją zagęszczając.

Fanfar, achów i ochów i piań koguta można się tu było spodziewać, The Presets kilka lat temu stworzyli rzecz doprawdy nieprzeciętną i, co ważniejsze, taką, do której naprawdę chce się czasem, a nawet częściej, wrócić. Dlaczego? Wiemy. Jakim sposobem? Słychać. Ale po co? I tu warto się już oddać tylko słuchaniu, choć na marginesie warto wypomnieć jeszcze doskonalsze Apocalypso. Dzięki temu też liczę, że za kilkanaście lat miano klasyków nie będzie Hamiltonowi i Moyesowi obce.

2005 // Modular Recordings

Ocena: 9/10

01. Steamworks
02. Are You The One?
03. Down, Down, Down
04. Girl And The Sea
05. Black Background
06. Worms
07. Kitty In The Middle
08. Hill Stuck
09. Girl (You Chew My Mind Up)
10. I Go Hard, I Go Home
11. Bad Up Your Betterness
12. Beams

Related Posts with Thumbnails

Komentarz to “The Presets – Beams”

  1. zajebisty album !!

Zostaw komentarz