Skinny Patrini – Duty Free

Czasy żniw, jakie zbiera kombajn postmoderny domaga się spowiedzi. Wywlekanie publiczne brudów powinno być świadectwem słabości, ale jednocześnie szczerości wobec ludzi i samego siebie. Zatem pantomimicznej etiudy, nawet tej najbardziej szczerej, nie można unikać – bolesnej spowiedzi, przybierając pozę krzyża, a nawet pająka krzyżaka, czas nastał…

Słowa te są pisane już post factum, kiedy Skinny Patrini kończą swoją trasę po Polsce, gdzieniegdzie chwaleni, w paru miejscach poważnie umęczeni zjednywaniem sobie gustów niezależnej publiczności, ale na pewno była to trasa godna zapamiętania, przecież promowała debiut płytowy duetu, który jako ciągle jeden z niewielu postarał się przynajmniej na moment uczynić żywot Pariasa, jaki wiedzie polska muzyka alternatywna, żywotem mieniącym się wieloma pstrokatymi kolorami oraz zwrotami akcji. Łysy i Anna zapewne wiele łez i łoju wylali, nagrywając swój premierowy materiał rok temu, zwracając uwagę mediów na nowe muzyczne zjawisko na naszym padole i paru ludziom dając nadzieję, że jest, mimo wszystko, jakaś tam koniunktura na niezal w polskich 256 odcieniach szarości. Niestety, postawię tezę, że mimo trudów Duty Free nie spełniło pokładanych nadziei. Pierwsze, co się rzuca na uszy, to oczywista konkluzja – „gdzieś już to słyszałem”. Nie, to też nie jest zarzut – pierwsze trzy kawałki dają do zrozumienia, że para do pewnych rzeczy podchodzi poważnie, mamy tu rozbudowane electro podkłady, przypominające, że artyści nie śpią tylko z Bachem przy uchu i ciągle słuchają, co na lewo od Łaby piszczy. Anna dba o harmonie wokalne co najmniej, jakby Beach Boys słuchała już w latach przedszkolnych. Nie szczędzą środków, starannie dopieszczając struktury kawałków, by nie były zbyt łatwo kwalifikowane do poszczególnego gatunku muzycznego. Ni to house z drugiej połowy ubiegłej dekady, ni to komercyjny electroclash, jeszcze w niektórych miejscach haczący o naleciałości skandynawskiego electropopu. Przez pierwsze dziesięć minut banan na ustach słuchacza był nawet wskazany. Później za moim oknem pogoda zaczęła się polepszać, ale do mojego odtwarzacza przyszły czarne chmury (na szczęście deszcz z nich nie runął). Japan dał mi już się przez moment zastanowić nad jednym, zanadto oczywistym podobieństwem. No tak, jasne, przecież to drugi NUN! A to już jest zarzut, i to poważnego kalibru. Przede wszystkim te wokalne kwasy, w niektórych miejscach przywodzące na myśl wschodnioeuropejskie „progresywy”, na które przeważnie reaguję bólem żołądka i zrozumiałym kwasem na twarzy. Jeszcze Show Me oraz zamykający całość Evening Dress (będący rzeczywiście quasi-kabaretowym miłym zaskoczeniem – podelektryzowanej bossanovy nigdy mi nie jest za wiele) przynoszą chwilową ulgę, ale w kontekście całości mierność reszty kompozycji o wiele bardziej przeważają w ocenie albumu.

Szczęśliwie zakończę jednak pozytywnym akcentem – największą zaletą albumu jest jego długość. Odliczając przyjemne momenty pozostało mi jakieś niewiele ponad 20 minut bólu, co jak na wiele straconych przeze mnie lat słuchania jest zaledwie chwilą. A już poważniej do sprawy podchodząc, to liczę, że Ania przestanie udawać kota w rui i przypomni sobie, że nie zawsze warto być Miss Kittin, a Skinny odczaruje dla siebie na nowo „Katharsis” Niemena oraz debiut grupy Test, by solidniej się przyłożyć w odbudowywanie narodowego poczucia dumy. Dlatego dodatkowy punkcik mają za nadzieję.

2008 // Antena Krzyku

Ocena: 6/10

01. Sweat
02. So What ?
03. Switch Off
04. On My Knees
05. Little Hell
06. Japan
07. Merlin
08. Empire
09. Delicious
10. Show Me
11. No More Down
12. YSMF
13. Evening Dress

Related Posts with Thumbnails

10 Komentarze to “Skinny Patrini – Duty Free”

  1. Polemikę czas zacząć. Po pierwsze – z całą stanowczością dorzuciłabym 2 gwiazdki do oceny. Płyta z każdym odsłuchaniem wchodzi coraz bardziej gładko – no może YSMF bardziej podoba mi się w rmxie Adriano Canziana (<3), Little Hell zarżnęłam już wcześniej (trzeba było robić taki parkietowy rozwalacz? No trzeba?), no i czasem płaczę sobie w kącie, że dowaliłabym coś jeszcze do surowego brzmienia. Ale japońska wrzuta jak dla mnie nie na miejscu – kawałek jest u mnie na podium tych z Duty Free. No chyba, że sama jestem progresywnym kwasem, co by wiele tłumaczyło.

  2. Dla mnie ocena tez nieco zanizona.

  3. Coś ludzie jadą po tej płycie.. a mi się w sumie podoba. Mój jedyny zarzut to jest to, że z tym samym repertuarem jadą już 4 jak nie 5 rok! No i nie wybaczę im, że porzucili surowe brzmienie na rzecz wypucowanych w studiu efektownych bajerów..

  4. zgadzam się z przedmówcą i czekam niecierpliwie na nowy materiał :)

  5. a kurde napisałam akapit o tym że ciekawe jaka będzie następna płyta i skasowałam, hehe.
    no dwójka jest zawsze bolesna, bo pomysły trzeba wysypać szybciej niż „od zarania dziejów graliśmy to na próbach”.

  6. coś widzę, że fanów duetu tu nie brakuje, owszem, płyta nie jest najgorsza, ale umówmy się, że studyjne zabiegi wyszły tu jak przedbiegi, że po dwóch przesłuchaniach rzeczywiście coś nie gra, zwłaszcza te kwasy, no i fakt, zbyt „japońska” (już abstrachując od tytułu) produkcja (coś jak 80kidz, czyli za miękko), a i repertuar nie powala, ze wspomnianymi już miłymi wyjątkami, nie lepiej było postawić na jakąś solidną EPkę? a na przawdziwy materiał poczekać jeszcze z rok?

  7. Ja bym chyba tez dodal z gwiazdke. Ale fakt faktem – brakuje troche zroznicowania brzmieniowego. Chociaz z drugiej strony dzieki temu plyta jest spojna.

  8. troche zejde z tematu, czemu ocenę wydaną przez recenzenta czyli 6/10 nazywa sie jehcaniem po płycie? ;] rozumialbym to jak ocena wynosilaby 3/10, ale kurde 60% to ponad przecietna,a w „szołbiznesie” wybić sie ponad przeciętną to sukces raczej nie?
    Wielki plus dla recenzenta za to ze nie boi się wystawić oceny innej niż 9/10 czy 9,5/10, które to w internetowym światku recenzji dominują.

  9. zdecydowanie nie tutaj :)

  10. te, zurson, cho na flaszkę :D

Zostaw komentarz