Phoenix – Wolfgang Amadeus Phoenix

Klasyczny tytuł, retro opakowanie, które niewiele chce powiedzieć, pragnąc raczej odrzucić docelowego słuchacza, aniżeli schlebić jego estetycznym zapotrzebowaniom. Zabieg oczywiście celowy, tak samo jak celowy jest wszechobecny szał wokół zespołu, narastający już od późnej zimy. Czy słuszny? Longplay w pełni odpowiada na to pytanie.
Phoenix jako swoiste preview do albumu potraktowali Kitsune Tabloid skompilowane tym razem pod ich egidą i już według labelowych założeń (dość przypomnieć, że poprzedni autorzy kompilacji – Digitalism – nie wzięli sobie do serca założeń Gildasa oraz Masayi, czyli stworzenie kompilacji zawierającej najważniejsze inspiracje muzyczne dla danego autora). Pojawiło się tam wiele z tradycji alternatywnego rocka, co mogło zainspirować niejednego nieletniego amatora współczesnych gitarowych kapel. Kolejnym uderzeniem francuskiego kwartetu były udane single, wyostrzające tylko apetyt fanów na trzeci longplay.
Od początku starają się nie oszukiwać odbiorcy, inteligentnie łącząc francuskie melodie z typowo brytyjskim sztafażem, czyli quasi-funkowo, quasi-indie stylizowanymi gitarami oraz rytmem przycinanym pod taneczne takty. Wydaje się, że gdzieś to już było, co więcej: było to już nieraz od prawie dekady, więc po co wtórny album i ten cały szum pączkujący wprost z Pól Elizejskich? Phoenix nie oszukują, french house pielęgnują tylko w melodiach (o ile takie napotykamy na „Amadeuszu”), nie starają się zbytnio nawiązywać do mniej lub bardziej chlubnej przeszłości, woląc sprytnie lawirować pomiędzy spragnionym hitów na lato mainstreamem, a młodzieżą, która pragnie w ładnych melodiach znaleźć dla siebie jakieś zarzewie niezależności. Niezależności niestety nie dostajemy z Astralwerks, ani z V2, o czym każdy szanowany koneser alternatywy zdążył się już przekonać (czy np. Hot Chip albo Stereophonics mają coś jeszcze w ogóle wspólnego z tzw. niezalem?).
Płyta, o ile odciśnie na kimkolwiek (oprócz wiecznie piejącego nad niczym Pitchforka) jakieś piętno, to można założyć nawet u bukmachera, że targetem są podlotki w wieku, jaki jeszcze nie pozwala samotnie przechadzać się nocą po rave’ach. Ale skupiając się już na konkretnych utworach, to stwierdzę, że z jednolitej magmy było ciężko mi cokolwiek wyłowić. 1901 oraz Lisztomania nie cieszą przy przesłuchaniu, jak ten pierwszy raz na „jutubie”, a remixy do nich hurtowo produkowane na houseblogach nie poprawiają też samopoczucia po miałkim i naprawdę boleśnie wtórnym długograju. Dwuczęściowy Love Like A Sunset przez moment przynosi nadzieję w drugiej odsłonie, ale to tylko przebłyski, które im się co jakiś czas przytrafiają.
Nie chciałem znowu zrzędzić, ani płakać, ale takie chyba czasy, że długofalowe kariery możliwe są do osiągnięcia dla prawdziwych dinozaurów, bo wytwórniom nie opłaca się ryzykować w młode bandy. Ale wina też leży pośrodku – jeśli tzw. artyście naprawdę by się chciało wydostać na powierzchnię i pooddychać większą ilością pieniędzy (ok, niech będzie, że fanów), to powinien chyba pojąć, że z półproduktami raczej do upragnionej ilości tychże nie trafi. Ale ten rozdział już jest na tyle znany i szeroko omawiany, że nie ma właściwie powodu tworzyć kolejnego tomu zażaleń na jego temat. Phoenix nie oszukiwali, wrzucając na rynek rzecz nudną, niedopracowaną, typową dla tego gatunku (chociaż podobno to nietypowe, bo jednak są z Francji, a nie ze Stanów albo UK). Kicha na całej linii? Nie, na pewno nie, przecież co niektórym przyda się troszkę naiwnego, chłopięcego orzeźwienia. Zwłaszcza kiedy słonko praży na coraz bardziej zarośnięte torsy, czyż nie?
2009 // V2 Records, Inc.
Ocena: 4/10
01. Lisztomania
02. 1901
03. Fences
04. Love Like A Sunset Part I
05. Love Like A Sunset Part II
06. Lasso
07. Rome
08. Countdown
09. Girlfriend
10. Armistice











no niestety mnie też chłopaki zawiodły. poprzednie płyty cudowne. tutaj klimat jest tak jednostajny, że odsłuch się dłuży, nie wiadomo który kawałek jest który… ech, kiepsko zważywszy, że sami też o nich ćwierkaliśmy z częstotliwością ponadprzeciętną.