Modfunk – Emofunk

Często przychodzi moment, gdy zapoznawanie się z kolejnymi muzycznymi krążkami kojarzone być może jako droga przez mękę. Niezależnie już od trudów, jakim jest zdobycie danego krążka, można rzec, że odsłuchiwanie kolejnych rzeczy sprowadzić można do naprawdę ciężkiej i niepopłatnej pracy, zwłaszcza, gdy, co tu się dużo oszukiwać, mamy do czynienia z kichą.

Wprowadzenie nie jest dezinformujące, odnosi się raczej do stanu faktualnego, ponieważ nawet słuchanie tylko płyt wybitnych może się w pewnym momencie skończyć, jeśli nie na dożywotniej czkawce, to przynajmniej na zagrożeniu wynikającym z nadużywania przycisku „repeat”.

Rodzimy duet Modfunk od dawna uchodził za wielce obiecujący w pewnych kręgach, zwłaszcza w perspektywie „french revivalu”. Udany, pomysłowy i na pewno dość świeży debiut pomógł panom otworzyć kilka furtek, a już pewniejsze – otworzyć w Polsce niektórym ludziom głowy na pewne muzyczne sygnały dochodzące nie tylko z Zachodu, ale też stąd, co dawało wyraźny asumpt do egzystowania bardziej zróżnicowanej sceny klubowej w ojczyźnie, kraju, który nie musi być kojarzony tylko z miejscami, gdzie ludzie są tylko na chwilę, bo klub jest zamykany o północy, gdzie gra się bardzo szybką i agresywną muzykę taneczną, bo trzeba szybko wypić, szybko zapalić, bardzo szybko poderwać roztańczoną w takt 140 BPM istotę. I to, przyznam, chłopcom się chwali. Obiecujące były też zapowiadane kolaboracje na ostatniej płycie. Efekt znamy już od blisko 1,5 roku. Czy zadowalający?

Tak jak karkołomny, bynajmniej dla mnie, był początek, tak pewnie dla zdecydowanej większości tych, którzy rzecz już dość dobrze znają, równie karkołomny jest początek albumu zatytułowanego Emofunk. Pierwszy Cashback daje już względne pojęcie o tym, czego spodziewać się można dalej i tu niewielu się też pomyliło. Wściekłe nerwowe rytmy, z rzadka tylko występująca melodia godna zapamiętania, nawet wtrącone tu i ówdzie wokale nie zmieniają charakteru całości. Album wyraźnie nastawiony na modny muzyczny nurt, bez fajerwerków, z mnóstwem efekciarskich, bo przecież nie efektownych, zabiegów, produkcja w okolicach studyjnych stwierdzeń: „Zapomniałem wyłączyć maksymalny reverb, gdy wychodziłem na papierosa”. Zatem główną wadą na pewno jest brzmienie, bardzo jednolite, nawet nie pragnące konkurować z „francuskimi kanonami”. Boli bardzo, a podczas niewielu ponad 40 minut słuchania może naprawdę zmęczyć. Kolejnym mocnym zarzutem jest materiał, dla jednych pewnie bardzo spójny, ale w tym przypadku akurat owszem równy, ale poprzeczkę zawieszono raptem na poziomie 1,80 m, a gdzie tam do bicia rekordów Sotomayora. Ubolewania rosną w momencie gdy nieznośne wrażenie rodzimej porażki nie zostaje nagle odmienione przez szumnie rozbuchane kolaboracje z Johnem Webbem (Rack Bhayo Ni Ho Bro) czy ze Zdarem z Cassiusa (Showtime – choć tu przyznam, da się wyciągnąć jeszcze jakiś hitowy potencjał). Ubolewanie zastąpić może już tylko poodsłuchowy lament, gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki niezbyt udanego remiksu Demona do niezłego przecież We Got Game.

Na taki album nie czekałem, nie liczyłem, a jednak zmuszony wręcz byłem, także dzięki własnemu niedowierzaniu, odsłuchać. Szkoda, że efekt jest dziełem rodzimych artystów, szkoda, że wytworzenie atmosfery oczekiwania, radości, czy ba!, nawet podniecenia zostało tak bezpardonowo zmiażdżone przez mało pocieszające realia. Pozostaje oddać hołd Modfunkowi za ambicje, znajomości z kilkoma ludźmi z szeroko pojętej branży i za nieustające przybliżanie laikom tej strony muzyki klubowej. Reszcie pozostaje współczuć, nie tylko wydanych pieniędzy.

2008 // Seek Records

Ocena: 3/10

01. Cashback
02. Cut Your Soul
03. Texmex
04. Respef
05. Needles Killer
06. Possibility For Significant Other
07. Rack Bhayo Ni Ho Bro (feat. John Webb)
08. Showtime (feat. Zdar)
09. Love Machine
10. We Got Game (Demon Remix)

2 Komentarze to “Modfunk – Emofunk”

  1. dobra plyta,czegos mi brakuje ale i tak jest ok

  2. Płyta wyszła w 2008, trochę późno się chyba ktoś zorientował. Płyta genialna. Zazdrość oj zazdrość…

Zostaw komentarz