Miami Horror – Bravado EP

Pochodzący z Melbourne pan Benjamin Plant imał się didżejki i grywał w australijskich klubach, robiąc jednocześnie remiksy dla takich artystów jak Datarock, Pnau, Tegan i Sara, Midnight Juggernauts, The Presets czy Grafton Primary. W listopadzie 2008 roku wyszła w końcu debiutancka epka, o której mowa. Z jednego wykonawcy zrobiło się nagle czterech i w takim składzie zespół wyruszył w trasę promując Bravado.
Muzyka Miami Horror ewidentnie kojarzy mi się z podświetlanymi żaluzjami, które były swoistym wyznacznikiem nowoczesności w filmach z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jeśli dodać do tego nazwę zespołu, która zespala w sobie dwa dominujące w tamtym czasie gatunki filmowe, czyli horrory klasy Z i kolejne filmy i seriale o panach policjantach – w tym wypadku z Miami, to mamy kolejną odsłonę flashbacku do epoki, w której umierało disco i rodziła się prawdziwa muzyka pop.
Cały tabun gwiazd z Prince’em, Kim Wilde, Abbą, Cyndie Lauper, Lipps Inc. i wczesną Madonną na czele został wessany i przerobiony w świeżutki i pachnący electropop. Co prawda pachnący trochę wyczynami panów Alana Braxe i Mylo z jednej, a Daft Punk na Discovery z drugiej strony, ale jak tu zignorować chwytliwość takiego kawałka jak Don’t Be On With Her czy Make You Mine?
2008 // Virgin Records
Ocena: 7/10
01. Don’t Be On With Her
02. Summerfest’85
03. Make You Mine
04. Believue
05. Illumination











Chyba tylko Illumination mi podchodzi. Jakoś nie widzę za bardzo sensu robienia takiej dokładnej kalki z lat 80.
Gdyby ktoś tworzył taką muzykę w latach osiemdziesiątych to ludzie dostaliby apopleksji w sensie nowoczesności brzmienia i mocnych beatów. Ewentualnie gdyby się oswoili z Daft Punk w tamtych czasach to może by się uspokoili. Zawsze jest sens (jeśli można mówić o takiej kategorii w kontekście muzyki) czerpania z przeszłości bo to, co z tego powstanie (będąc osadzonym w nowym kontekście kulturowym) zawsze będzie czymś innym zarówno w sensie symbolicznym jak i pod kątem produkcji muzycznej. Kalka lepiej chyba pasuje do określania nieudanych coverów.