Fischerspooner – #1

Fischerspooner czyli nowojorskie art-pop duo wzbudzało w mediach skrajne opinie już od momentu swojego powstania. Gdy tylko 6 maja 2002 roku na rynek wyszedł pierwszy longplay ‘#1’ cała prasę muzyczną zalały informacje na temat twórczości Warrena i Casey’ego.
The Rolling Stone ochrzcił płytę ‘galaktycznym hitem’ a New Musical Express śmiało twierdził, że dzieło duetu to ‘najlepsza rzecz jaka powstała od czasów, kiedy wymyślono elektryczność’. Jednak, mimo tak dobrych początków nie zabrakło i mniej pochlebnej prasy. Nie dość, że Fischerspooner posądzany był o zżynanie z Depeche Mode, to jeszcze znalazł się na liście 10. najbardziej niepotrzebnych zespołów świata według magazynu Q [sic!].
W takim wypadku niełatwo jest zrecenzować ‘#1’, tym bardziej, że chłopaki kilkukrotnie poprawiali zawartość płyty i wydali ją w trzech różnych wersjach (CD / CD / CD&DVD), zawierających nowe kawałki jak i zmienioną kolejność utworów. Na kogoś jednak paść musiało…
Początek ‘#1’ zdecydowanie zbliża do opinii New Musical Express. Płytę rozpoczyna niebanalne Sweetness – momentami lekko chaotyczne, stworzone jednak z rozwagą i na naprawdę wysokim poziomie. Po nim mamy do czynienia z The 15th, który nie bez powodu doczekał się singlowego wydania i teledysku. Do tego dochodzi jeszcze genialny megahit, jakim jest Emerge, dzięki któremu Fischerspooner zaistniał na muzycznej scenie. Wydawałoby się, że lepiej już być nie może… A tu klops.
Reszta płyty brzmi, jakby Warren i Casey nagrywali ją tylko po to, by dopełnić krążek do pierwszych trzech pozycji. Kawałkom brak werwy – oczekiwanego po Emerge prawdziwego clashowego brzmienia. Co gorsza, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że obaj członkowie Fischerspoonera mieli wtedy ogromnego kaca, czego wynikiem są spokojniejsze, bardziej ambientowe niż clashowe produkcje jak Tone Poem, Horizon czy Fucker. Ostatkiem sił płytę ratują jeszcze LA Song (dzięki damskim wokalom charakterystycznym dla duetu) i niestety ostatni na płycie MegaColon przypominający stylem Chicks on Speed, a tekstem chwilami rewolucyjną Peaches.
Zbierając wszystko w całość, mam dziwne wrażenie że ‘#1’ to płyta trzech pierwszych utworów, a reszta to chaotyczne zestawienie kawałków pisanych w podróży na kolanie. To zdecydowanie nie jest ten Fischerspooner, którego każdy z nas kocha. Bo co to za electroclash bez clashu?
Ocena: 6,5/10
2002 // International Deejay Gigolo Records
1. Sweetness
2. 15th
3. Emerge
4. L.A. Song
5. Tone Poem
6. Horizon
7. Invisible
8. Turn On
9. Fucker
10. Natural Disaster
11. Ersatz
12. Megacolon (Hidden Track)
A jaka jest Twoja ocena płyty?






