Crystal Castles – Crystal Castles II

Trudno o elektronicznego artystę, który w przeciągu ostatnich kilku lat zrobił wokół siebie więcej szumu niż ta dwójka niepozornych Kanadyjczyków. W niespełna rok awansowali z nieznanemu nikomu lokalnego zespoliku na bożyszcze i wzór do naśladowania dla setek tysięcy zbuntowanych nastolatków z całego świata. Na same szczyty popularności wyniosły ich problemy z wykorzystanymi bez zgody autorów samplami i grafikami, pełne brutalnej psychozy koncerty i co najmniej kontrowersyjne wypowiedzi w wywiadach. Mimo to, głównym atutem duetu Ethan Kath/Alice Glass były skrajne emocje i eklektyczny miks gatunków jaki zaprezentowali na swoim debiutanckim albumie. Ich drugie dziecko, sprytnie zatytułowane tak samo jak debiut (Crystal Castles) już od kilku tygodni jest najczęściej wspominanym w alternatywnej prasie i blogosferze wydawnictwem. Czy rzeczywiście rozwrzeszczana do bólu Glass i flegmatyczny Kath po raz kolejny zrobili coś wyjątkowego, czy szum wokół nowego materiału nie wynika po prostu z rozpędu?
Już od pierwszego przesłuchania jasnym jest, że nie nastąpiła żadna brzmieniowa wolta. I tym razem zostaliśmy poczęstowani zestawem podbitych mocną perkusją i nietuzinkowymi samplami utworów, których wspólnym mianownikiem jest przebijający z melodii i wokalu ból istnienia. Podobnie jak na debiucie, prawdziwie punkowe inspiracje można zauważyć tylko w kilku piosenkach, z nagłym, brutalnie przesterowanym Doe Deer na czele. Co ciekawe, zmutowany, a czasami nawet przypominający metalowy growl wokal Alice nawet tutaj przejawia ślady melodii. Na tym polu widać największą ewolucję. Spotka się to z zaskoczeniem wielu, ale kilku kawałkach wokalistka po prostu śpiewa. Inną sprawą jest to, że przestrzenna Celestica albo dosyć sztampowy Suffocation nie należą do najlepszych kawałków na płycie. Znakomicie natomiast udaje się jej ten trik w nostalgicznie brzmiącym Empathy (w którym nie brakuje co prawda też przepuszczonych przez efekt dziwacznych pień) albo pływającym w morzu oscylujących dźwięków Pap Smear. Mimo to, Glass nadal najbardziej do twarzy w wykrzyczanych ostatkami oddechu, ociekających niepokojem i goryczą frazach, które możemy usłyszeć we frenetycznym, ozdobionym kłującym w uszy gitarowym piskiem intro Fainting Spells. I właśnie te, niepozbawione melodii i sensu wrzaski napędzają najlepsze na albumie kawałki. W połączeniu z rave’owym, motorycznym podkładem w niesamowitym Baptism, czy przesterowanymi gitarami i basem w brzmiącym jak wołanie o pomoc Birds, wokal Szklanej Alicji tworzy monolityczną całość.
Oczywiście drugi mąciwoda Crystal Castles nie pozostaje tutaj w cieniu, a wręcz przeciwnie – to właśnie jego wysiłki tworzą tutaj większość dusznego klimatu. Rozpoczynając od manipulacji wokalem, jak pocięte i popodkręcane frazy w zgrzytającym miarowym syntezatorem Vietnam albo wspomnianym już Empathy, a kończąc na takich eksperymentach jak zmutowany, przelewający się jak bulgoczący kisiel I Am Made Of Chalk. Na szczęście pan Kath nie zaniechał bardziej konwencjonalnych środków wyrazu – nadal mamy chropowate syntezatory i poskładane z niskobitowych dźwięków melodyjki. Tak jak drugi najbardziej porywający kawałek – Year Of Silence, w którym zapętlone frazy wokalne z Inní Mér Syngur Vitleysingur islandzkiego Sigur Rós nakładają się na siebie i przenikają, tworząc hipnotyzujący taneczny hit. Nie zabrakło też przypominającego trochę pamiętne Air War niskobitowego disco w postaci Intimate. Średnio udane wydaje się natomiast niewzbudzające większych emocji Not In Love.
Prawdziwa siła nowego albumu tkwi jednak, podobnie jak w wypadku debiutu, w tym, że tworzy on spójną całość, przesyconą specyficznym, melancholijno-nihilistycznym klimatem. Mimo swojego bezkompromisowego wizerunku, również na drugim albumie Crystal Castles zawarli tylko dwa kawałki o porównywalnym do punkowego ładunku agresji, utrzymując resztę materiału w mocno transowej, onirycznej atmosferze. Pod względem produkcji nie jest już tak surowo jak wcześniej – album ma więcej mięsistego basu, nawet przesterowane do bólu momenty brzmią pełniej, a wokal, tradycyjnie, jest mocno schowany w miksie i przykryty wieloma warstwami pogłosu. Po tym, jak zbudowane są warstwy utworów można dedukować sposób pracy zespołu nad materiałem – Kath i Glass skupiają się raczej na teksturach i nastrojach muzyki, nie dbając za bardzo o konwencje. Są jak malarz abstrakcjonista, który z braku bardziej adekwatnych materiałów przykleja na swoje obrazy piasek, rdzę i tłuczone szkło, żeby uzewnętrznić swoje odczucia.
Dlatego też, mimo kilku potknięć, nowy album można nazwać kolejną wygraną przez Crystal Castles bitwą. Trudno porównywać go do debiutu pod względem jakości – jest inny, ale równie interesujący. Trzeba też przyznać, że duet, pomimo nastoletniej emo-histerii jaka ich otacza, robi po prostu swoje. Najlepszym przykładem tego, jak działają jest wybór agresywnego Doe Deer na pierwszy singiel – i sukces tego singla, który nie był nawet promowany teledyskiem. W tym momencie można im po prostu wszystko.
2010 // Fiction
Ocena: 8,5/10
01. Fainting Spells
02. Celestica
03. Doe Deer
04. Baptism
05. Year of Silence
06. Empathy
07. Suffocation
08. Violent Dreams
09. Vietnam
10. Birds
11. Pap Smear
12. Not In love
13. Intimate
14. I Am Made Of Chalk











recenzja w 80% zgodna z moim zdaniem ;)
a ja o tej płycie sądzę tak:
http://informatorkulturalny.blogspot.com/2010/07/crystal-castles.html