<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Electroclash Polska &#187; Recenzje płyt</title>
	<atom:link href="http://electroclash.pl/category/plyty/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://electroclash.pl</link>
	<description>portal polskich miłośników electroclashu (i nie tylko!)</description>
	<lastBuildDate>Sat, 31 Jul 2010 12:30:56 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0</generator>
		<item>
		<title>FM Belfast &#8211; How To Make Friends</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/fm-belfast-how-to-make-friends/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/fm-belfast-how-to-make-friends/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 31 Jul 2010 12:30:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[fm belfast]]></category>
		<category><![CDATA[how to make friends]]></category>
		<category><![CDATA[islandia]]></category>
		<category><![CDATA[múm]]></category>
		<category><![CDATA[world champion]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=4198</guid>
		<description><![CDATA[Niewiele jest zespołów mogących pochwalić się swoim charakterystycznym, niepodrabialnym stylem, który bezbłędnie da się rozpoznać na pierwszy „rzut” ucha. Dominują naśladowcy, dobrzy rzemieślnicy lub selektorzy, którzy mieszając wpływy pionierów piszą porywającą, ale niezbyt innowacyjną muzykę. Islandczycy z FM Belfast leżą gdzieś pośrodku tych dwóch stopni na skali. Na papierze jest ich czwórka, ale, jak sami [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Niewiele jest zespołów mogących pochwalić się swoim charakterystycznym, niepodrabialnym stylem, który bezbłędnie da się rozpoznać na pierwszy „rzut” ucha. Dominują naśladowcy, dobrzy rzemieślnicy lub selektorzy, którzy mieszając wpływy pionierów piszą porywającą, ale niezbyt innowacyjną muzykę. Islandczycy z FM Belfast leżą gdzieś pośrodku tych dwóch stopni na skali. Na papierze jest ich czwórka, ale, jak sami mówią, koncertowy skład waha się od trzech do ośmiu osób znanych m.in. z formacji múm, w zależności od tego, kto może dotrzeć na miejsce. Wyluzowany kwartet z krainy pyłem i lawą płynącej w końcu zebrał materiał na długogrającą płytę. A jest czego słuchać.</p>
<p>Pierwszym przychodzącym na myśl porównaniem jest rodzeństwo Dreijer z The Knife, bo FM Belfast dysponują podobnym do nich wachlarzem środków wyrazu i w dodatku okraszają wszystko bardzo nietuzinkowym wokalem. Szczególnie połamany rytm kończącego album <strong>President</strong> naprowadza nas na ten trop. Jednak tam, gdzie Szwedzi straszą atmosferycznymi pasażami, ich islandzcy koledzy po fachu stawiają na iście karaibski chillout i groteskowo ironiczne reinterpretacje znanych hitów. Wystarczy usłyszeć, jak Pump Up The Jam w ich wykonaniu (zatytułowane po prostu <strong>Pump</strong>) zmienia się w ospale bujającego się na falach histerycznie śmiesznych melodyjek hipopotama. Nie pomaga ani ziewający wokal w połączeniu z nawołującym do wygibasów na parkiecie tekstem, ani leniwie tykający metronom perkusji – ten kawałek to czysty pastisz. Podobnie ma się sprawa z drugim „ukradzionym” kawałkiem na płycie. <strong>Lotus</strong> to nic innego jak Killing In The Name Of z repertuaru Rage Against The Machine, podbite przesterowanym syntezatorem i znacznie spowolnione. Słuchanie jak wokalistka znudzonym głosem śpiewa „fuck you, I won’t do what you tell me” jest bezcenne.</p>
<p>Ale sznyt FM Belfast nie kończy się na sprowadzaniu wszystkiego do leniwych syntezatorowych kołysanek. Wręcz przeciwnie – te dwa kawałki to ledwie preludium do pyszności czekających nas na płycie. Zdecydowanie warto wymienić melancholijny, acz taneczny synthpop i nierealny tekst <strong>Underwear</strong>, rozdzwonione bailie w <strong>I Can Feel Love</strong>, czy pozostający na długo w głowie refren <strong>Synthia</strong>. Islandczycy z gracją pijanej egzotycznej prostytutki przeskakują sobie od leniwych rytmów karaibskich do parkietowych pląsów, uzyskując maksymalny efekt przy minimalnym nakładzie pracy i środków. Starodawne syntezatory wygrywają proste, ale łatwe do zapamiętania melodyjki, perkusja równie proste rytmy. W ich krainie wszystko jest łatwe i przyjemne. Dziwaczne rytmy i organki <strong>Optical</strong> czy euforyczne <strong>Par Avion</strong> (a właściwie to każdy numer na płycie z osobna) pokazują, że nasi bohaterowie potrafią poruszać się po swoim poletku z niewymuszonym luzem i dostarczanie nam muzyki po prostu sprawia im przyjemność.</p>
<p>Absolutnymi wygranymi są jednak dwa, skrajnie różne od siebie utwory. <strong>VHS</strong> to taneczne, ale dosyć groźnie brzmiące epitafium dla magnetowidów, które znakomicie sprawdzi się zarówno w towarzystwie ostrzejszych kawałków w klubie, jak i puszczone w łazience jako tło dla pląsów z dezodorantem w roli mikrofonu. Z kolei rozpoczynające się rajskim ćwierkaniem ptaków <strong>Tropical</strong> zachwyca adekwatnym do tytułu klimatem i śmigającą w tle syntetyczną gitarą. Dla samych tych dwóch kawałków warto byłoby kupić cały album. Duet wokalista/wokalistka ma bardzo charakterystyczne brzmienie, które nadaje całej płycie lekko prześmiewczy wymiar i sprawia, że FM Belfast można zaliczyć właśnie do tych zespołów, których podrobić się nie da.</p>
<p>Jeśli po przesłuchaniu How To Make Friends całe dnie chodzicie z pieśnią na ustach i wszystko wydaje się „tropical”, to pozostaje tylko mieć nadzieję, że islandzkie trio nie ulotni się po pierwszej płycie jak ich efemeryczni znajomi z Zeigeist, tylko pracuje już nad następnym długograjem. Długograjem, który przedłuży nasz błogostan i nie przełoży FM Belfast do smutnej szuflady z napisem „zespoły jednej płyty”. A tymczasem polecam zrobić sobie drink z parasolką i wybrać się w tropikalny rejs z tym, co już nam sprezentowali.</p>
<p>2008 // World Champion</p>
<p><strong>Ocena: 9/10</strong></p>
<p>01. Frequency<br />
02. Underwear<br />
03. I Can Feel Love<br />
04. Tropical<br />
05. Pump<br />
06. Par Avion<br />
07. VHS<br />
08. Lotus<br />
09. Optical<br />
10. Synthia<br />
11. President
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Ffm-belfast-how-to-make-friends%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/fm-belfast-how-to-make-friends/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Uffie &#8211; Sex Dreams And Denim Jeans</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/uffie-sex-dreams-and-denim-jeans/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/uffie-sex-dreams-and-denim-jeans/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 10 Jun 2010 12:30:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[ed banger]]></category>
		<category><![CDATA[feadz]]></category>
		<category><![CDATA[mirwais]]></category>
		<category><![CDATA[mr oizo]]></category>
		<category><![CDATA[pharell williams]]></category>
		<category><![CDATA[sebastian]]></category>
		<category><![CDATA[sex dreams and denim jeans]]></category>
		<category><![CDATA[uffie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3973</guid>
		<description><![CDATA[Długo trzeba było czekać na tę płytę. Okazuje się, że za długo. Francusko-amerykański fenomen wylansowany przez Ed Banger Records po prostu stracił impet i zagubił się w próbach odtworzenia chemii pierwszych nagrań. Pyskatą raperkę i jej elektroniczne podkłady od Feadza zastąpiła plastikowa kopia, przykryta nieskończonymi pokładami kiczowatych efektów i śpiewająca z Pharrellem o drogich samochodach. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Długo trzeba było czekać na tę płytę. Okazuje się, że za długo. Francusko-amerykański fenomen wylansowany przez Ed Banger Records po prostu stracił impet i zagubił się w próbach odtworzenia chemii pierwszych nagrań. Pyskatą raperkę i jej elektroniczne podkłady od Feadza zastąpiła plastikowa kopia, przykryta nieskończonymi pokładami kiczowatych efektów i śpiewająca z Pharrellem o drogich samochodach.</p>
<p>Płytę od najniższej oceny ratuje tylko kilka kawałków, takich jak wyprodukowany przez nieocenionego Mr Oizo <strong>MCs Can Kiss</strong> (który sampluje stary hit Giorgio Morodera), nawiązujący do klasycznego electro <strong>Brand New Car</strong> czy hit nie do zdarcia – <strong>Pop The Glock</strong> (swoją drogą – co on robi na tej płycie?). Reszta utworów jest po prostu słaba jak cienki rosołek, z którego ewentualnie co dziesięć minut da się wyłowić kawałek marchewki. Uffie nie może się zdecydować, czy chce być wylansowaną do granic możliwości ghetto-mamą, czy może średniej jakości podróbką M.I.A. (numer tytułowy). Na tle hip-hopowych bitów z poprzedniej dekady w jedym miejscu narzeka na kaca (bieeedna), w innym na problemy jakie niesie ze sobą sława (ojeeej), nie zapominając oczywiście o pościelowo-tanecznych wyznaniach miłosnych (<strong>First Love</strong>). Wszystko to jest w dodatku przepuszczone przez autotune i ozdobione znikomą ilością wtórnych melodii. I co z tego, że album produkowały takie głowy jak Feadz, Oizo, SebastiAn czy Mirwais? Po prostu zupełnie brakuje tutaj chemii. Jeśli do tego dodamy jeszcze nudne jak spoty TV Marketu koncerty, to prognoza jest niewesoła.</p>
<p>Nie ma co się rozpisywać – Uffie przegapiła swoje pięć minut, a teraz próbuje podratować się sławnym gościem i wycisnąć jeszcze trochę soku z tej, za przeproszeniem, starej cytryny. Lepiej trzymać się starych hitów, takich jak <strong>Ready To Uff</strong> i nie psuć sobie humoru.</p>
<p>2010 // Ed Banger/Elektra</p>
<p><strong>Ocena: 3/10</strong></p>
<p>01. Pop The Glock<br />
02. Art Of Uff<br />
03. ADD SUV (feat. Pharell Williams)<br />
04. Give It Away<br />
05. MCs Can Kiss<br />
06. Difficult<br />
07. First Love<br />
08. Sex Dreams And Denim Jeans<br />
09. Our Song<br />
10. Illusion Of Love (feat. Mattie Safer)<br />
11. Neuneu<br />
12. Brand New Car<br />
13. Hong Kong Garden<br />
14. Ricky
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fuffie-sex-dreams-and-denim-jeans%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/uffie-sex-dreams-and-denim-jeans/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Miami Horror &#8211; Bravado EP</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/miami-horror-bravado-ep/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/miami-horror-bravado-ep/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 17 May 2010 18:18:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Roland Werra</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[bravado ep]]></category>
		<category><![CDATA[miami horror]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3847</guid>
		<description><![CDATA[Pochodzący z Melbourne pan Benjamin Plant imał się didżejki i grywał w australijskich klubach, robiąc jednocześnie remiksy dla takich artystów jak Datarock, Pnau, Tegan i Sara, Midnight Juggernauts, The Presets czy Grafton Primary. W listopadzie 2008 roku wyszła w końcu debiutancka epka, o której mowa. Z jednego wykonawcy zrobiło się nagle czterech i w takim [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Pochodzący z Melbourne pan <strong>Benjamin Plant</strong> imał się didżejki i grywał w australijskich klubach, robiąc jednocześnie remiksy dla takich artystów jak Datarock, Pnau, Tegan i Sara, Midnight Juggernauts, The Presets czy Grafton Primary. W listopadzie 2008 roku wyszła w końcu debiutancka epka, o której mowa. Z jednego wykonawcy zrobiło się nagle czterech i w takim składzie zespół wyruszył w trasę promując <strong>Bravado</strong>.</p>
<p>Muzyka Miami Horror ewidentnie kojarzy mi się z podświetlanymi żaluzjami, które były swoistym wyznacznikiem nowoczesności w filmach z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jeśli dodać do tego nazwę zespołu, która zespala w sobie dwa dominujące w tamtym czasie gatunki filmowe, czyli horrory klasy Z i kolejne filmy i seriale o panach policjantach &#8211; w tym wypadku z Miami, to mamy kolejną odsłonę flashbacku do epoki, w której umierało disco i rodziła się prawdziwa muzyka pop.</p>
<p>Cały tabun gwiazd z Prince&#8217;em, Kim Wilde, Abbą, Cyndie Lauper, Lipps Inc. i wczesną Madonną na czele został wessany i przerobiony w świeżutki i pachnący electropop. Co prawda pachnący trochę wyczynami panów Alana Braxe i Mylo z jednej, a Daft Punk na Discovery z drugiej strony, ale jak tu zignorować chwytliwość takiego kawałka jak <strong>Don&#8217;t Be On With Her</strong> czy <strong>Make You Mine</strong>?</p>
<p>2008 // Virgin Records</p>
<p><strong>Ocena: 7/10</strong></p>
<p>01. Don&#8217;t Be On With Her<br />
02. Summerfest&#8217;85<br />
03. Make You Mine<br />
04. Believue<br />
05. Illumination
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fmiami-horror-bravado-ep%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/miami-horror-bravado-ep/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ladytron &#8211; Light &amp; Magic</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/ladytron-light-magic/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/ladytron-light-magic/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 17 May 2010 01:07:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[2002]]></category>
		<category><![CDATA[604]]></category>
		<category><![CDATA[emperor norton]]></category>
		<category><![CDATA[ladytron]]></category>
		<category><![CDATA[light & magic]]></category>
		<category><![CDATA[telstar]]></category>
		<category><![CDATA[wielka brytania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3831</guid>
		<description><![CDATA[Niewiele jest takich albumów, o których można stwierdzić bez ewidentnej przesady, że zmieniły oblicze gatunku. Tym leniwym i poruszającym wargami podczas czytania od razu powiem, że Light &#38; Magic właśnie taką płytą jest i odeślę do oceny. A tymczasem pozwólcie, że bez cienia obiektywizmu przedstawię opus magnum manchesterskiego kwartetu. O ile poprzedni album Ladytron, 604, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Niewiele jest takich albumów, o których można stwierdzić bez ewidentnej przesady, że zmieniły oblicze gatunku. Tym leniwym i poruszającym wargami podczas czytania od razu powiem, że Light &amp; Magic właśnie taką płytą jest i odeślę do oceny. A tymczasem pozwólcie, że bez cienia obiektywizmu przedstawię opus magnum manchesterskiego kwartetu.</p>
<p>O ile poprzedni album Ladytron, 604, stworzył tak charakterystyczne dla zespołu brzmienie (ale pod koniec tracklisty utonął lekko w kombinatoryce), to Light &amp; Magic jest wydawnictwem, które bierze ten styl i obraca go w cios o monolitycznie wysokim poziomie. Nigdy wcześniej electropop nie brzmiał jednocześnie tak robotycznie, tak niepokojąco i tak autentycznie. Znajdziemy tutaj oczywiście też lżejsze numery o cieplejszym, bardziej ludzkim zabarwieniu, jak wykorzystujący ulubione analogowe brzmienia Ladytron <strong>Black Plastic</strong> lub instrumentalny <strong>Re:agents</strong>. Jednak prawdziwą bitą śmietaną w tym torcie są dziwaczne kompozycje w rodzaju połamanego, zaśpiewanego po bułgarsku <strong>NuHorizons</strong>, które zachwyca arytmicznymi samplami i prawie industrialnym rytmem. Ladytron z mistrzostwem układają obok siebie takie właśnie hybrydy i melancholijne, tajemnicze piosenki jak znakomite <strong>Evil</strong> i <strong>Flicking Your Switch</strong>. Większość kawałków jest dodatkowo wzbogacona świetnymi tekstami Helen Marnie, traktującymi o ludzkim hedoniźmie w świecie rządzonym przez maszyny albo opowiadającymi futurystyczne historie miłosne (skradający się <strong>Fire</strong>). Nie można oczywiście zapomnieć o międzynarodowym hymnie modelek i modeli – w groteskowym <strong>Seventeen</strong> wokalistka przekonuje nas, że tylko siedemnastolatki są pożądane przez szołbiznes.</p>
<p>Jeszcze inną twarz Ladytron pokazują nam umieszczone trochę dalej na liście obecności utwory. Rozpoczynając od tajemniczego <strong>Cracked LCD</strong>, przez brzmiące jak tło do horroru w świecie Łowcy Androidów <strong>Startup Chime</strong> po przejmująco smutne <strong>Cease2xist</strong>, Brytyjczycy pokazują nam, że potrafią wstrzyknąć w swoją muzykę bardzo czytelne nastroje. Mało tego – jednocześnie robią to fachową technicznie ręką, flirtując z industrialem, synthpopem czy nawet Jarrem (kosmiczny utwór tytułowy). Brzmienie płyty jest bez zarzutu – ostre dźwięki analogowych syntezatorów, takich jak legendarny Korg MS-20, mieszają się tutaj z ociekającymi pogłosem, blaszanie brzmiącymi bębnami i kosmicznymi samplami, a wszystko to przyozdobione tu i tam brzękiem gitary i ocieplone głosami Helen i Miry. Całą tę tęskną atmosferę rodem z radzieckiego sputnika dopełniają bułgarskie melorecytacje tej ostatniej i użyty z umiarem wokoder (<strong>Turn It On</strong>). Długo możnaby tak wymieniać warte uwagi kawałki, bo album oferuje ich aż piętnaście i nie rozczarowuje nas ani jednym zapychaczem. Świetnie słucha się go od deski do deski, ponieważ muzyczne opowieści Ladytron mają jeszcze jedną właściwość – wciągają jak dobra książka. Podejrzewam zresztą, że byłyby fantastycznym (gra słów niezamierzona) tłem dla którejś z książek Lema czy braci Strugackich.</p>
<p>Nie ma sensu dłużej piać peanów zachwytu nad tą płytą, bo i tak wszyscy zdążyli już rzucić okiem na tę okrąglutką dziesiątkę pyszniącą się w rubryce ocena. Powiem więc tylko – jeśli nadal nie znacie tego albumu, tracicie więcej niż tylko kilka elektronicznych piosenek. Po przesłuchaniu Light &amp; Magic widocznym staje się to, jak niepostrzeżenie jego wpływ wywarł piętno na współczesnym popie i nie tylko. A jeśli macie skłonności do synestezji, to przeniesiecie się z muzyką w taki kosmos, jak wyobrażali sobie go ludzie w latach osiemdziesiątych.</p>
<p>2002 // Telstar/Emperor Norton</p>
<p><strong>Ocena: 10/10</strong></p>
<p>01. True Mathematics<br />
02. Seventeen<br />
03. Flicking Your Switch<br />
04. Fire<br />
05. Turn It On<br />
06. Blue Jeans<br />
07. Cracked LCD<br />
08. Black Plastic<br />
09. Evil<br />
10. Startup Chime<br />
11. NuHorizons<br />
12. Cease2xist<br />
13. Re:agents<br />
14. Light &amp; Magic<br />
15. The Reason Why
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fladytron-light-magic%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/ladytron-light-magic/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Crystal Castles &#8211; Crystal Castles II</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/crystal-castles-crystal-castles-ii/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/crystal-castles-crystal-castles-ii/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 14 May 2010 19:51:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[alice glass]]></category>
		<category><![CDATA[crystal castles]]></category>
		<category><![CDATA[crystal castles II]]></category>
		<category><![CDATA[ethan kath]]></category>
		<category><![CDATA[fiction]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3821</guid>
		<description><![CDATA[Trudno o elektronicznego artystę, który w przeciągu ostatnich kilku lat zrobił wokół siebie więcej szumu niż ta dwójka niepozornych Kanadyjczyków. W niespełna rok awansowali z nieznanemu nikomu lokalnego zespoliku na bożyszcze i wzór do naśladowania dla setek tysięcy zbuntowanych nastolatków z całego świata. Na same szczyty popularności wyniosły ich problemy z wykorzystanymi bez zgody autorów [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Trudno o elektronicznego artystę, który w przeciągu ostatnich kilku lat zrobił wokół siebie więcej szumu niż ta dwójka niepozornych Kanadyjczyków. W niespełna rok awansowali z nieznanemu nikomu lokalnego zespoliku na bożyszcze i wzór do naśladowania dla setek tysięcy zbuntowanych nastolatków z całego świata. Na same szczyty popularności wyniosły ich problemy z wykorzystanymi bez zgody autorów samplami i grafikami, pełne brutalnej psychozy koncerty i co najmniej kontrowersyjne wypowiedzi w wywiadach. Mimo to, głównym atutem duetu Ethan Kath/Alice Glass były skrajne emocje i eklektyczny miks gatunków jaki zaprezentowali na swoim debiutanckim albumie. Ich drugie dziecko, sprytnie zatytułowane tak samo jak debiut (Crystal Castles) już od kilku tygodni jest najczęściej wspominanym w alternatywnej prasie i blogosferze wydawnictwem. Czy rzeczywiście rozwrzeszczana do bólu Glass i flegmatyczny Kath po raz kolejny zrobili coś wyjątkowego, czy szum wokół nowego materiału nie wynika po prostu z rozpędu?</p>
<p>Już od pierwszego przesłuchania jasnym jest, że nie nastąpiła żadna brzmieniowa wolta. I tym razem zostaliśmy poczęstowani zestawem podbitych mocną perkusją i nietuzinkowymi samplami utworów, których wspólnym mianownikiem jest przebijający z melodii i wokalu ból istnienia. Podobnie jak na debiucie, prawdziwie punkowe inspiracje można zauważyć tylko w kilku piosenkach, z nagłym, brutalnie przesterowanym <strong>Doe Deer</strong> na czele. Co ciekawe, zmutowany, a czasami nawet przypominający metalowy growl wokal Alice nawet tutaj przejawia ślady melodii. Na tym polu widać największą ewolucję. Spotka się to z zaskoczeniem wielu, ale kilku kawałkach wokalistka po prostu śpiewa. Inną sprawą jest to, że przestrzenna <strong>Celestica</strong> albo dosyć sztampowy <strong>Suffocation</strong> nie należą do najlepszych kawałków na płycie. Znakomicie natomiast udaje się jej ten trik w nostalgicznie brzmiącym <strong>Empathy</strong> (w którym nie brakuje co prawda też przepuszczonych przez efekt dziwacznych pień) albo pływającym w morzu oscylujących dźwięków <strong>Pap Smear</strong>. Mimo to, Glass nadal najbardziej do twarzy w wykrzyczanych ostatkami oddechu, ociekających niepokojem i goryczą frazach, które możemy usłyszeć we frenetycznym, ozdobionym kłującym w uszy gitarowym piskiem intro <strong>Fainting Spells</strong>. I właśnie te, niepozbawione melodii i sensu wrzaski napędzają najlepsze na albumie kawałki. W połączeniu z rave’owym, motorycznym podkładem w niesamowitym <strong>Baptism</strong>, czy przesterowanymi gitarami i basem w brzmiącym jak wołanie o pomoc <strong>Birds</strong>, wokal Szklanej Alicji tworzy monolityczną całość.</p>
<p>Oczywiście drugi mąciwoda Crystal Castles nie pozostaje tutaj w cieniu, a wręcz przeciwnie – to właśnie jego wysiłki tworzą tutaj większość dusznego klimatu. Rozpoczynając od manipulacji wokalem, jak pocięte i popodkręcane frazy w zgrzytającym miarowym syntezatorem <strong>Vietnam</strong> albo wspomnianym już <strong>Empathy</strong>, a kończąc na takich eksperymentach jak zmutowany, przelewający się jak bulgoczący kisiel <strong>I Am Made Of Chalk</strong>. Na szczęście pan Kath nie zaniechał bardziej konwencjonalnych środków wyrazu – nadal mamy chropowate syntezatory i poskładane z niskobitowych dźwięków melodyjki. Tak jak drugi najbardziej porywający kawałek – <strong>Year Of Silence</strong>, w którym zapętlone frazy wokalne z <strong>Inní Mér Syngur Vitleysingur</strong> islandzkiego Sigur Rós nakładają się na siebie i przenikają, tworząc hipnotyzujący taneczny hit. Nie zabrakło też przypominającego trochę pamiętne <strong>Air War</strong> niskobitowego disco w postaci <strong>Intimate</strong>. Średnio udane wydaje się natomiast niewzbudzające większych emocji <strong>Not In Love</strong>.</p>
<p>Prawdziwa siła nowego albumu tkwi jednak, podobnie jak w wypadku debiutu, w tym, że tworzy on spójną całość, przesyconą specyficznym, melancholijno-nihilistycznym klimatem. Mimo swojego bezkompromisowego wizerunku, również na drugim albumie Crystal Castles zawarli tylko dwa kawałki o porównywalnym do punkowego ładunku agresji, utrzymując resztę materiału w mocno transowej, onirycznej atmosferze. Pod względem produkcji nie jest już tak surowo jak wcześniej – album ma więcej mięsistego basu, nawet przesterowane do bólu momenty brzmią pełniej, a wokal, tradycyjnie, jest mocno schowany w miksie i przykryty wieloma warstwami pogłosu. Po tym, jak zbudowane są warstwy utworów można dedukować sposób pracy zespołu nad materiałem – Kath i Glass skupiają się raczej na teksturach i nastrojach muzyki, nie dbając za bardzo o konwencje. Są jak malarz abstrakcjonista, który z braku bardziej adekwatnych materiałów przykleja na swoje obrazy piasek, rdzę i tłuczone szkło, żeby uzewnętrznić swoje odczucia.</p>
<p>Dlatego też, mimo kilku potknięć, nowy album można nazwać kolejną wygraną przez Crystal Castles bitwą. Trudno porównywać go do debiutu pod względem jakości – jest inny, ale równie interesujący. Trzeba też przyznać, że duet, pomimo nastoletniej emo-histerii jaka ich otacza, robi po prostu swoje. Najlepszym przykładem tego, jak działają jest wybór agresywnego <strong>Doe Deer</strong> na pierwszy singiel – i sukces tego singla, który nie był nawet promowany teledyskiem. W tym momencie można im po prostu wszystko.</p>
<p>2010 // Fiction</p>
<p><strong>Ocena: 8,5/10</strong></p>
<p>01. Fainting Spells<br />
02. Celestica<br />
03. Doe Deer<strong><br />
</strong>04. Baptism<br />
05. Year of Silence<br />
06. Empathy<br />
07. Suffocation<br />
08. Violent Dreams<br />
09. Vietnam<br />
10. Birds<br />
11. Pap Smear<br />
12. Not In love<br />
13. Intimate<br />
14. I Am Made Of Chalk
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fcrystal-castles-crystal-castles-ii%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/crystal-castles-crystal-castles-ii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>NasaKid &#8211; NasaKid</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/nasakid-nasakid/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/nasakid-nasakid/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 08 May 2010 01:15:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[2010]]></category>
		<category><![CDATA[49manekinów]]></category>
		<category><![CDATA[Kolumbia]]></category>
		<category><![CDATA[nasakid]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3776</guid>
		<description><![CDATA[A więc stało się – oficyna 49manekinow po raz kolejny atakuje nasze uszęta (i inne parafernalia) dźwiękami pieszczącymi zmysł elektrostatyczny każdego szanującego się fana takiej muzyki. NasaKid to kolumbijski duet z Bogoty grający niskobitową odmianę punka, z panią Gabrielą Jimeno zasiadającą za perkusją i jej kompanem Rockmanem obsługującym gitary oraz Gameboye. I trzeba przyznać, że [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>A więc stało się – oficyna 49manekinow po raz kolejny atakuje nasze uszęta (i inne parafernalia) dźwiękami pieszczącymi zmysł elektrostatyczny każdego szanującego się fana takiej muzyki. NasaKid to kolumbijski duet z Bogoty grający niskobitową odmianę punka, z panią Gabrielą Jimeno zasiadającą za perkusją i jej kompanem Rockmanem obsługującym gitary oraz Gameboye. I trzeba przyznać, że udaje im się to całkiem smakowicie.</p>
<p>Album, zatytułowany odkrywczo NasaKid, wita nas kaskadą galopujących, powykręcanych niemiłosiernie dźwięków, opartych na punkrockowym bębnieniu. Żeby było jeszcze ciekawiej, całość okraszona jest typowymi dla starych gier rodem z przedpotopowych Pegasusów melodyjkami, które na długo zostają w głowie. Pulsujący przesterem <strong>PUNK ROBOCOP</strong> wita nas nieprzeciętnie wesołym pasażem syntezatorowym i przypomina trochę ścieżkę dźwiękową do przyspieszonej w czasie wycieczki na haju (i koniecznie na mikrej motorynce). To, co na początku może wydawać się irytującym jazgotem, nagle nabiera rumieńców i od razu chce się człowiekowi wybiec na dwór, potarzać się w trawie. Pozytywny klimat ciągnie się przez cały album, podskakując wesoło do gitarowych popisów w <strong>BOTON</strong> i przejmując scenę jakiegoś letniego festiwalu w rockowym <strong>NOCDU</strong>. Nie mam pojęcia jak w niespełna czterdziestu minutach albumu udało się kolumbijczykom upchnąć tyle radości życia, ale powiem jedno – album fenomenalnie nadaje się na rozpoczęcie słonecznego dnia.</p>
<p>NasaKid nie ograniczają się jednak tylko do bezmyślnego pląsania – wszystkie numery są tutaj przemyślane pod względem struktury i melodyki. W miarę prymitywna i szorstka produkcja nie przeszkadza – wręcz przeciwnie, nadaje muzyce autentyczności. Gabriela i Rockman przefruwają przez kolejne wesoło-buntownicze utwory jak radziecka rakieta – przełamany ciekawym zwolnieniem <strong>MAD_NES</strong> (notabene – NES to zagraniczna nazwa konsoli Pegasus), skrzący się krótkimi błyskami dźwięku <strong>SHINY HAPPY ANIMALS</strong> czy dziwaczny <strong>GATTO</strong> nie dają usiedzieć w miejscu. Na sam koniec dane jest nam na chwilę zwolnić przy pierwszym z dyptyku <strong>UNO</strong>, który oparty jest na zaraźliwym riffie gitarowym, ale zaraz jego brat-bliźniak <strong>&amp; DOS</strong> znów podnosi tempo. I właśnie ten kawałek wydaje się być już niepotrzebny – album spokojnie mógłby skończyć się spokojniejszym <strong>UNO</strong>. Ale cóż – nie ma rzeczy doskonałych.</p>
<p>I tym oto sposobem 49manekinow zrobiło nam piękny prezent na wiosnę. Za każdym razem jak ogarnie Was zniechęcenie, czy po prostu typowe wiosenno-letnie niechciejstwo – zapuśćcie sobie NasaKid i spójrzcie lekko szalonym, lekko seksownym wzrokiem tej dwójki Kolumbijczyków na świat. To po prostu jedna z tych płyt, które napędzają do życia lepiej niż świeżo kupione baterie Durex&#8230; przepraszam, Duracell.</p>
<p>2010 // 49manekinow</p>
<p><strong>Ocena: 8/10</strong></p>
<p>01. PUNK ROBOCOP<br />
02. BOTON<br />
03. NOCDU<br />
04. MAD_NES<br />
05. SHINY HAPPY ANIMALS<br />
06. GATTO<br />
07. UNO&amp;<br />
08. DOS
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fnasakid-nasakid%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/nasakid-nasakid/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pnau &#8211; Pnau</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/pnau-pnau/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/pnau-pnau/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 06 May 2010 13:27:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Roland Werra</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[embrace]]></category>
		<category><![CDATA[empire of the sun]]></category>
		<category><![CDATA[ladyhawke]]></category>
		<category><![CDATA[pnau]]></category>
		<category><![CDATA[with you forever]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3762</guid>
		<description><![CDATA[Rok 2007 był dla wielu fanów electro rokiem Justice, Simian Mobile Disco i Digitalism. Mało kto w podobny sposób zachwycał się pochodzącym z Australii zespołem Pnau, który wydał album pod tym samym tytułem już w styczniu owego roku. Co tu wiele mówić &#8211; album jest bardzo dobry i, co zaskakujące, brzmi częściowo jak Attack Decay [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Rok 2007 był dla wielu fanów electro rokiem Justice, Simian Mobile Disco i Digitalism. Mało kto w podobny sposób zachwycał się pochodzącym z Australii zespołem Pnau, który wydał album pod tym samym tytułem już w styczniu owego roku. Co tu wiele mówić &#8211; album jest bardzo dobry i, co zaskakujące, brzmi częściowo jak <strong>Attack Decay Sustain Release</strong>, <strong>Cross</strong>, a także <strong>Idealism</strong> (zanim zostały wydane!).</p>
<p>Od debiutanckiej <strong>Sambanovy</strong> z 1999 roku brzmienie zespołu przeszło całkowitą<br />
metamorfozę. Nick Littlemore i Peter Mayes zaczynali od typowych dla końca lat 90. house&#8217;ów, brzmienia w rodzaju leftfield, czy nawet downtempo.<br />
Osiem lat później puszczają nam już kwaśny electro house. Pojawiają się też na albumie takie electropopowe perełki jak <strong>Baby</strong> czy <strong>Shock To My System</strong>, gdzie infantylność dziecięcych chórków przypomina mi trochę zinfantylizowane wokale z późniejszego dżastisowego <strong>D.A.N.C.E.</strong>. Podobnie jest na <strong>Come together</strong>, ale ten kawałek to już klubowy rozpierdalacz.<br />
Najlepszy moim zdaniem na tej płycie jest <strong>Lover</strong> brzmiący jak didżitalizmowy <strong>Jupiter&#8217;s Room</strong>. Nie chce mi się wdawać w spekulacje kto od kogo, ale to chyba potwierdza wybiórczość prasy muzycznej, bo Pnau to zespół na moje trochę niedoceniony.<br />
Wracając do albumu pozytywnie zaskoczyć może obecność wokalu Pip Brown (późniejsza <strong>Ladyhawke</strong>) na singlowym <strong>Embrace</strong>. Nie przypadkiem pojawiła się ona na albumie – Littlemore działa z nią w innym projekcie muzycznym, indie-rockowym Teenager. Na utworach <strong>With You Forever</strong> i <strong>Freedom</strong> słychać natomiast głos Luke&#8217;a Steele&#8217;a, z którym Littlemore stworzy później zespół Empire of the Sun. Jedyny minus płyty to irytujące pokrzykiwania na <strong>No more Violence</strong>, co kojarzy się z szajsowatym zagrzewaniem dresów na koncertach Scootera. No, ale ten jeden kawałek zawsze można usunąć z playlisty.<br />
Pozostaje tylko czekać na następny album Pnau, który duet zaczął już nagrywać w marcu zeszłego roku.</p>
<p>2007 // etcetc</p>
<p><strong>Ocena: 7.5/10</strong></p>
<p>01. With You Forever<br />
02. Wild Strawberries<br />
03. Shock to my System<br />
04. Baby<br />
05. Come Together<br />
06. We have Tomorrow<br />
07. Lover<br />
08. No more Violence<br />
09. Embrace<br />
10. Dancing on the Water<br />
11. Freedom<br />
12. Die with Us
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fpnau-pnau%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/pnau-pnau/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Familjen &#8211; Det Snurrar I Min Skalle</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/familjen-det-snurrar-i-min-skalle/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/familjen-det-snurrar-i-min-skalle/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 21 Apr 2010 17:32:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[adrian recordings]]></category>
		<category><![CDATA[det snurrar i min skalle]]></category>
		<category><![CDATA[familjen]]></category>
		<category><![CDATA[hybris]]></category>
		<category><![CDATA[johan t karlsson]]></category>
		<category><![CDATA[ninsun poli]]></category>
		<category><![CDATA[Szwecja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3657</guid>
		<description><![CDATA[Do tego, że Szwecja potęgą muzyczną jest, nie muszę chyba nikogo przekonywać. I nie chodzi mi tutaj bynajmniej o perełki pokroju Abby lub Roxette, ale o fakt, że co ostatnio dochodzi nas słuch o jakiejś szwedzkiej elektronice, to okazuje się ona warta wagi wykonawcy w złocie. Jeszcze nie zdążyliście się pewnie otrząsnąć z odświeżająco oryginalnej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong> </strong></p>
<p>Do tego, że Szwecja potęgą muzyczną jest, nie muszę chyba nikogo przekonywać. I nie chodzi mi tutaj bynajmniej o perełki pokroju Abby lub Roxette, ale o fakt, że co ostatnio dochodzi nas słuch o jakiejś szwedzkiej elektronice, to okazuje się ona warta wagi wykonawcy w złocie. Jeszcze nie zdążyliście się pewnie otrząsnąć z odświeżająco oryginalnej muzyki The Knife, Kleerup, Slagsmålsklubben czy Zeigeist, a już (co prawda z dużym poślizgiem, ale jednak) przedstawiamy Wam kolejnego kandydata na „ukochany zespół ze Szwecji”. Familjen to jednoosobowy projekt Johana T. Karlssona, znanego wcześniej tylko z krótko trwającej współpracy z bitpopową wokalistką/producentką Sophie Rimheden. Karlsson to muzyk zwychowany w Hässleholm, który, jak sam mówi, zaczął komponować krótkie melodyjki dla własnej przyjemności. Przy tej muzyce urządzał potańcówki w studio nagraniowym i nie potrwało długo zanim zaczęły do niego wydzwaniać kluby z prośbami zagrania koncertów. Pierwsze solo występy składały się z Karlssona, owiniętego kablem od mikrofonu i kontrolującego wszystkie swoje magiczne skrzyneczki. Po wydaniu debiutanckiego albumu okazało się to jednak za mało i na żywo zaczął do niego dołączać uznany szwedzki producent Andreas Tiliander. W takim właśnie składzie Familjen zaprezentowało swój debiutancki materiał na koncercie w ramach Era Nowe Horyzonty 2009 we Wrocławiu. A było czym się chwalić&#8230;</p>
<p>Od pierwszego przesłuchania płyty jedno staje się jasne – Karlsson ma niesamowitą rękę do chwytliwych syntezatorowych loopów i podrywających do tańca rytmów. Z niezbyt wyszukanych syntetycznych brzmień potrafi zbudować kawałek, przy którym po prostu nie da się usiedzieć w miejscu. Tak sprawa ma się między innymi z pierwszym singlem z płyty – powodującym nieopisaną ekstazę we wszystkich, którzy go usłyszą <strong>Huvudet I Sanden</strong> (szwedz. – głowa w piasku). Oparty na zaraźliwym basowym motywie numer jest najlepszą wizytówką Familjen, a okraszony dodatkowo enigmatycznym teledyskiem jest w stanie skraść serce każdego fana potańców do białego rana (a recenzenta, którego serce już zostało skradzione zmusić do rymowania, tak, tak). Takich walców jest na albumie więcej – chociażby kipiący radością imprezowania, brzmiący jak wesoła sprężyna <strong>Kom Säger Dom</strong>, albo tytułowy <strong>Det Snurrar I Min Skalle</strong>. Warto tu dodać, że ten drugi utwór, w połączeniu z humorystycznie sklejonym z nagrania z religijnego wiecu wideoklipem, dorobił się szwedzkiej nagrody Grammy. Nie daje też zejść z parkietu skoczny <strong>Det Vet Du</strong>.</p>
<p>Wszystkie numery połączone są niebanalnym wokalem pana Johana, który z zaangażowaniem wyśpiewuje niezrozumiałe dla nas, bo napisane po szwedzku teksty. Nie jest to jednak aż taką wadą, ponieważ dzięki temu każdy może poczuć specyficzny klimat utworów, nie wgłębiając się w warstwę liryczną, tak jak na przykład w przypominającym opowieść o jakiejś epickiej wędrówce <strong>Det Lilla Livet</strong>. Nie brakuje na albumie również i wolniejszych kawałków – na samym początku na przykład zostajemy uraczeni wspaniałym <strong>Nu</strong> <strong>Händer Det Igen</strong>, który pulsuje linią syntezatorów, żeby zaraz wpaść w niekontrolowany chaos synkop perkusji. Dla wielbicieli bardziej tradycyjnego brzmienia jest tutaj brudny bas <strong>Nän Gäng</strong>, a ci, którzy lubią powolne syntezatorowe pochody docenią <strong>Första Sista</strong> czy przypominający nieco dokonania The Polish Ambassador, instrumentalny <strong>Hög Luft</strong>.</p>
<p>Przy całej tej plejadzie styli i nastrojów, album pozostaje monolitycznie spójny, jakby wykuty z jednego kawałka metalu. To pozbawione kompleksów i poprawiające humor wydawnictwo, które powinno znaleźć się w kolekcji każdego szanującego się parkietoskoczka. Stąd też wysoka ocena. Tym bardziej pozytywne są wieści, że pan Karlsson jeszcze w tym roku uraczy nas nowym albumem. Aha, czy wspominałem już, że <strong>Huvudet I Sanden</strong> skradnie Twoje serce i uszy na całe tygodnie?</p>
<p>2007 // Adrian Recordings/Hybris</p>
<p><strong>Ocena: 9,5/10</strong></p>
<p>01. Nu Händer Det Igen<br />
02. Det Lilla Livet<br />
03. Det Snurrar I Min Skalle<br />
04. Det Vet Du<br />
05. Nån Gång<br />
06. Hög Luft<br />
07. Huvudet I Sanden<br />
08. Kom Säger Dom (feat. Ninsun Poli)<br />
09. Första Sista<br />
10. Vad Du Vill
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Ffamiljen-det-snurrar-i-min-skalle%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/familjen-det-snurrar-i-min-skalle/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Fan Death &#8211; A Coin For The Well</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/fan-death-a-coin-for-the-well/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/fan-death-a-coin-for-the-well/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 04 Apr 2010 02:50:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[a coin for the well]]></category>
		<category><![CDATA[dandi wind]]></category>
		<category><![CDATA[erol alkan]]></category>
		<category><![CDATA[fan death]]></category>
		<category><![CDATA[girl nobody]]></category>
		<category><![CDATA[pharmacy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3561</guid>
		<description><![CDATA[O Fan Death robi się ostatnio głośno głównie z powodu bardzo prozaicznego &#8211; jest to po prostu lekko zmieniona w składzie i odnowiona pod względem zarówno wizualnym jak i muzycznym formacja Dandi Wind. Założony przez wokalistkę Dandilion Wind Opaine i muzyka oraz animatora Szam Findlay projekt zyskał za pomocą trzech albumów mocną pozycję na międzynarodowym [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>O Fan Death robi się ostatnio głośno głównie z powodu bardzo prozaicznego &#8211; jest to po prostu lekko zmieniona w składzie i odnowiona pod względem zarówno wizualnym jak i muzycznym formacja Dandi Wind. Założony przez wokalistkę Dandilion Wind Opaine i muzyka oraz animatora Szam Findlay projekt zyskał za pomocą trzech albumów mocną pozycję na międzynarodowym rynku psychodelicznej elektroniki. Dzisiaj wracają jako trio &#8211; dołączyła do nich żyjąca w Kanadzie śląska wokalistka i pianistka Marta Jaciubek-McKeever, znana wcześniej z projektów takich jak E.S.L. albo electropopowy duet Girl Nobody. Nie potrwało to długo zanim zainteresował się nimi sam Erol Alkan, który zremiksował ich pierwszy singiel, <strong>Veronica&#8217;s Veil</strong> i postanowił wydać go w swojej wytwórni Pharmacy.</p>
<p>Na wydanej na początku 2010 EPce <strong>A Coin For The Well</strong> Fan Death oferują nam energetyczne, acz zaszczepione jakimś podskórnym niepokojem nu-disco. Przewijające się tu i tam smyki (coś jest w tym połączeniu skrzypiec z elektroniką) wprowadzają ciekawy kontrapunkt dla retro-brzmień inspirowanych italo i innymi odmianami disco. Krótką, bo liczącą  tylko pięć utworów, listę obecności otwiera świetny <strong>Reunited</strong>. Nietypowe brzmienia syntezatorów, grzechoczące w tle charakterystycznym dla wczesnego electro krótkim dźwiękiem przeszkadzajki i zamglony klimat kompozycji sprawiają, że chciałoby się słuchać jej w kółko. Polecam wielokrotne jej dozowanie w połączeniu z dadaistycznym teledyskiem. Później Kanadyjczycy prezentują nam ocierający się o pastisz dyskotekowy <strong>Cannibal</strong>, w którym skrzypce wygrywają skoczną, jakby ludową melodię i utrzymany w podobnym stylu <strong>Power Surge</strong>. Prawdziwą kreatywność, przypominającą wydane wcześniej <strong>The Constellations</strong> czy <strong>When The Money&#8217;s Right</strong> pokazują jednak dopiero w dziwacznym, przypominającym trzygłową hybrydę Zeigeist, Client i Fever Ray <strong>Soon</strong>. Zaangażowany tekst i bogata instrumentacja robią z tego kawałka prawdziwą perełkę. Na sam koniec wracamy do kolorowych świateł za pomocą znanego już wcześniej <strong>The Son Will Rise</strong>.</p>
<p>Chciałoby się powiedzieć, że to znakomite wydawnictwo, ale w doborze kawałków denerwuje bardzo podobny klimat trzech z pięciu umieszczonych na nim kawałków. <strong>Cannibal</strong>, <strong>Power Surge</strong> i <strong>The Son Will Rise</strong> brzmią trochę jak te nie do końca udane kompozycje, które można znaleźć w połowie każdego albumu Client &#8211; zbyt do siebie podobne i lekko stereotypowe disco. Na szczęście pozostałe dwa utwory nadrabiają te braki i EPki słucha się całkiem przyjemnie. Pozostaje tylko wyczekiwać debiutanckiej płyty Fan Death, <strong>Womb Of Dreams</strong>, która ma się ukazać nakładem Pharmacy już w maju i wierzyć, że na niej zaprezentują bardziej zróżnicowany i godny tak wszechstronnych muzyków materiał.</p>
<p>2010 // Pharmacy</p>
<p><strong>Ocena: 7/10</strong></p>
<p>01. Reunited<br />
02. Cannibal<br />
03. Power Surge<br />
04. Soon<br />
05. The Son Will Rise
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Ffan-death-a-coin-for-the-well%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/fan-death-a-coin-for-the-well/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Computer Club &#8211; Nerd Secrets EP</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/computer-club-nerd-secrets-ep/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/computer-club-nerd-secrets-ep/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 23 Mar 2010 17:47:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[computer club]]></category>
		<category><![CDATA[ep]]></category>
		<category><![CDATA[frankmusik]]></category>
		<category><![CDATA[nerd secrets]]></category>
		<category><![CDATA[so sweet]]></category>
		<category><![CDATA[system recordings]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3512</guid>
		<description><![CDATA[Większość z zapytanych o Stany Zjednoczone zgodzi się, że największą siłą tego państwa jest zderzenie kultur jakie następuje w tym multinarodowościowym państwie. Może dlatego właśnie Amerykanie są specjalistami od łączenia kilku, na pierwszy rzut oka niekompatybilnych gatunków muzycznych oraz tworzenia z nich czegoś nowego i ekscytującego. Computer Club aka Mike Diasio to muzyk i didżej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Większość z zapytanych o Stany Zjednoczone zgodzi się, że największą siłą tego państwa jest zderzenie kultur jakie następuje w tym multinarodowościowym państwie. Może dlatego właśnie Amerykanie są specjalistami od łączenia kilku, na pierwszy rzut oka niekompatybilnych gatunków muzycznych oraz tworzenia z nich czegoś nowego i ekscytującego. Computer Club aka Mike Diasio to muzyk i didżej wywodzący się z Atlanty, aktualnie bawiący swymi setami głównie kalifornijskie Los Angeles. Dzięki wydaniu singla <strong>Load Rocket</strong> w 2007 w liczącej się na amerykańskiej scenie wytwórni System Recordings jego drugi (po drum&#8217;n'bassowym kolektywie Evol Intent) projekt muzyczny nagle stanął w centrum blogosfery i zakrzyknął gromkim głosem.</p>
<p>Jego debiutancka EPka wita nas mocnymi, zmiażdżonymi przesterami i niebanalnymi melodiami. W przypływie sprytu, Diasio zaprosił do współpracy cudowne dziecko falsetu i autopromocji &#8211; pana tworzącego jednoosobowy projekt Frankmusik. Na pewno zdecydowanie ułatwiło  to promocję materiału, ale, bądźmy szczerzy, również dało zaskakująco dobry efekt muzyczny. Promujący Nerd Secrets <strong>Losing Streak</strong> to kawał mocnego, z lekka funkującego grania z przesterowanym do granic możliwości basem i zaśpiewanym unisono refrenem. Wysoki głos Frankmusika stanowi ciekawy kontrast dla czołgających się w niskich rejestrach syntezatorów, a potencjał parkietowy utworu sprawił, że na EPce znalazły się dodatkowo jeszcze dwie jego wersje, skierowane do didżejów. Obie z nich to przedłużone wersje <strong>Losing Streak</strong>, z tym, że <strong>Air Mattress Love Squeezins Dub</strong> oczywiście rozebrana jest z wokalu.</p>
<p>Na tym jednak nie koniec imprezy. Computer Club raz po raz daje nam między oczy świetnym klubowym kawałem mięsa &#8211; rozpoczynający EPkę <strong>Did We Go Too Far?</strong> to mroczny, podbity syntetycznymi gitarami i gargantuicznym basem numer, w którym jednak słychać łagodzący całość i dosyć charakterystyczny dla CC melodyjny wokal. Z kolei wspomniany już <strong>Load Rocket</strong> i kolejny <strong>Laptop Levitation </strong>to pociachane taneczne potwory, przy których jednak wielbiciel melodii nie musi rezygnować ani z jednego ani z drugiego. Perfekcyjnie opanowane przestery, nieprzesadzone przejścia po których jesteśmy nagradzani masywnym brzmieniem do którego nie porusza się przymusowo już tylko stopa, a całe ciało. Nie ustrzegł się jednak pan Diasio lekkiego potknięcia. Kończący niezremiksowaną część EPki <strong>Flat Response</strong> brzmieniowo jest taki jak być powinien &#8211; basy godne Crookersów (z czasów kiedy nie podpierali się mainstremowymi raperami), skoczny beat&#8230; ale czegoś w nim brakuje. Może zróżnicowania? Nieważne &#8211; na klubowych parkietach i tak będzie cieszył się powodzeniem. Jedynym dziwnym posunięciem wydaje się nieobecność na wydawnictwie utworu, dzięki któremu Computer Club został w ogóle zauważony &#8211; zachwycającego różnorodnością <strong>Bizarre Love Triangle</strong>. Nie można jednak dawać artyście po łapach za to, że chce iść do przodu, prawda?</p>
<p>I tak projekt, który wyskoczył jak diabeł z pudełka (i jak diabeł zieje ogniem) zaatakował świetnie wyprodukowanym i przemyślanym materiałem, bez niepotrzebnej kombinatoryki ani wciskania na siłę do tracklisty piętnastu utworów, żeby stworzyć długograja. Dzięki połączeniu ciężkiego, syntetycznego brzmienia z niebanalnymi melodiami i strukturami oraz znacznym potencjałem klubowym Computer Club uzyskał perfekcyjny balans składników.</p>
<p>2010 // So Sweet</p>
<p><strong>Ocena: 8,5/10</strong></p>
<p>01. Did We Go Too Far?<br />
02. Losing Streak (feat. Frankmusik)<br />
03. Load Rocket<br />
04. Laptop Levitation<br />
05. Flat Response<br />
06. Losing Streak (Air Mattress Love Squeezings Dub)<br />
07. Losing Streak (feat. Frankmusik) (DJ Edit)
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fcomputer-club-nerd-secrets-ep%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/computer-club-nerd-secrets-ep/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>The Whip &#8211; X Marks Destination</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/the-whip-x-marks-destination/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/the-whip-x-marks-destination/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 18 Mar 2010 23:39:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[kitsune]]></category>
		<category><![CDATA[southern fried]]></category>
		<category><![CDATA[the whip]]></category>
		<category><![CDATA[x marks destination]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3465</guid>
		<description><![CDATA[Wśród popularnych ostatnio zespołów łączących rocka i mocniejsze brzmienia z electro panuje moda na określanie się etykietkami w stylu disco-punk, dance-punk lub electro-rock. Celem tych zabiegów jest oczywiście wysłanie w świat sygnału, że muzycy używają brzmień nowoczesnych, ale niepozbawionych rockowego pazura. Prawdą jest jednak to, że większość z tych formacji to tylko indie-rockowe zespoły wplatające [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wśród popularnych ostatnio zespołów łączących rocka i mocniejsze brzmienia z electro panuje moda na określanie się etykietkami w stylu disco-punk, dance-punk lub electro-rock. Celem tych zabiegów jest oczywiście wysłanie w świat sygnału, że muzycy używają brzmień nowoczesnych, ale niepozbawionych rockowego pazura. Prawdą jest jednak to, że większość z tych formacji to tylko indie-rockowe zespoły wplatające w swoje kompozycje raz na jakiś czas niezbyt satysfakcjonujące przeciętnego fana elektroniki elementy syntetyczne. Od razu chciałbym zaakcentować, że The Whip do nich nie należy. Kwartet z Manchesteru składający się z trzech panów obsługujących gitary, wokal i przeróżną automatykę oraz nieprzeciętnie żywotnej perkusistki w pełni zasługuje sobie na miano krzewicieli disco-punka. Brudne gitary i przesterowany bezlitośnie bas są tutaj tylko dodatkiem do soczystej, nowoczesnej elektroniki, który to miks zasmakuje zarówno fanom Justice jak i The Strokes.</p>
<p><strong>X Marks Destination</strong> to debiutancki album The Whip, wydany w rezultacie szumu jaki zrobiły wokół formacji single wydawane nie byle gdzie, bo w Kitsuné i Southern Fried. I trzeba przyznać, że szum ten był w pełni zasłużony – mimo, że pierwsze dziecko zespołu, <strong>Frustration</strong>, pachnie jednak za bardzo kudłatymi chłopcami o wystylizowanych grzywkach, to dalej robi się bardzo interesująco. Album rozpoczyna <strong>Trash</strong>, dzięki któremu The Whip wypłynęli na szerokie wody międzynarodowej popularności. Enigmatyczny początek napędzany motorycznym beatem i brudnym basem rozwija się w orgię niesamowicie porywających dźwięków – dostajemy po twarzy punkowy wokalem, gęstymi talerzami i ćwierkającą w tle gitarą. Po takim początku każdy domorosły pesymista myśli sobie tylko – pewnie dalej wyhamują i będzie nudniej. Nic bardziej mylnego. Zróżnicowane, ale spójne dźwięki towarzyszą nam do samego końca. Świetnie wyprodukowane <strong>Fire</strong> błyszczy nietuzinkowym brzmieniem syntezatorów i absurdalnym przejściem (nastolatki piszczące po japońsku), ale prawdziwą ozdobą tego i innych numerów jest chropowaty, ale mocny głos pana wokalisty. W przejmującym <strong>Save My Soul</strong> na tle zardzewiałego disco jego oryginalne frazowanie brzmi wyjątkowo przekonująco.</p>
<p>Chwilę odpoczynku serwują nam Brytyjczycy przy kojącym i optymistycznym <strong>Sirens</strong>, ale już w następnym kawałku znowu rozpętują mechaniczną apokalipsę. Niesamowite, bujające <strong>Divebomb</strong> to, jak sama nazwa wskazuje, bomba głębinowa, która wybucha w pewnym momencie piłującym uszy syntezatorem i pociętymi wokalami, ułożonymi w bardzo przylepną melodię. I tu znowu następuje zmiana nastroju, kiedy w skandowanym <strong>Blackout</strong> najpierw jesteśmy wprowadzeni w trans, a później zaskoczeni wyjątkowo przystępnym refrenem. Tutaj należy nadmienić, że The Whip nigdy nie idą na łatwiznę jeśli chodzi o strukturę i warstwowość utworów – tak naprawdę piosenkami można nazwać tutaj góra dwa numery. Znane z gry FIFA <strong>Muzzle #1</strong> powraca do przesterowanego basu, ale podbija go podskórnym pulsem elektroniki. Imprezowo robi się z kolei przy <strong>Sister Siam</strong> – serwowane oszczędnymi dźgnięciami syntezatory i dyskotekowy rytm nie pozwalają utrzymać stopy w miejscu. Całą historię kończy organkowy <strong>Dubsex</strong>. Tak, tak, właśnie historię – te dziesięć kawałków jest ułożone z żelazną logiką i prowadzi nas przez różne oblicza zespołu. Jednocześnie dzięki umiejętnej inżynierii dźwięku i zdartemu wokalowi płyta tworzy zgrabną całość, charakteryzującą się trudnym do podrobienia stylem.</p>
<p>Wszystkim więc, którym bliska jest dobrze wyprodukowana elektronika, ale szukają też w muzyce ekspresji i rockowego pazura proponuję przejść się (osobiście lub wirtualnie) do sklepu i zaopatrzyć w debiut czwórki z The Whip – zapewniam, że nie rozstaniecie się z nim szybko. A dedukując z ich żywiołowego i prawdziwie szaleńczego koncertu na zeszłorocznym Audioriverze można spokojnie stwierdzić, że jeśli z miłości do albumu pojedziecie zobaczyć ich gdzieś w pobliżu na żywo, to podarujecie sobie niezapomniane chwile z naprawdę ciekawą muzyką.</p>
<p>2008 // Southern Fried</p>
<p><strong>Ocena: 9/10</strong></p>
<p>01. Trash<br />
02. Frustration<br />
03. Fire<br />
04. Save My Soul<br />
05. Sirens<br />
06. Divebomb<br />
07. Blackout<br />
08. Muzzle #1<br />
09. Sister Siam<br />
10. Dubsex
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fthe-whip-x-marks-destination%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/the-whip-x-marks-destination/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Crookers – Tons Of Friends</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/crookers-tons-of-friends/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/crookers-tons-of-friends/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 11 Mar 2010 17:10:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[crookers]]></category>
		<category><![CDATA[kelis]]></category>
		<category><![CDATA[miike snow]]></category>
		<category><![CDATA[roisin murphy]]></category>
		<category><![CDATA[soulwax]]></category>
		<category><![CDATA[southern fried]]></category>
		<category><![CDATA[tons of friends]]></category>
		<category><![CDATA[yelle]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3437</guid>
		<description><![CDATA[No i stało się – po kilku latach współpracowania z kim tylko popadnie, włoski duet Crookers zdecydował się zebrać te produkcje w jeden wór i wydać na długograju. Znani już świetnie na międzynarodowej scenie jako autorzy remiksów dla m.in. The Whip, Dusty Kid, Fever Ray czy Bondo Do Role, panowie Bot i Phra postanowili nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong> </strong></p>
<p>No i stało się – po kilku latach współpracowania z kim tylko popadnie, włoski duet Crookers zdecydował się zebrać te produkcje w jeden wór i wydać na długograju. Znani już świetnie na międzynarodowej scenie jako autorzy remiksów dla m.in. The Whip, Dusty Kid, Fever Ray czy Bondo Do Role, panowie Bot i Phra postanowili nie przemęczać się zbytnio przy tworzeniu nowego wydawnictwa i po prostu potraktowali wszystkie dwadzieścia kawałków jako własny materiał, ale z gościnnymi występami tytułowej tony przyjaciół. Brzmi z lekka półśrednio? Dalej jest tylko gorzej.</p>
<p>Tak długa lista utworów wymaga od artysty przede wszystkim zróżnicowana – nikt przy zdrowych zmysłach nie przekopie się przez 20 kawałków, które brzmią tak samo. I już przy tym pierwszym płotku Crookers powłóczą nogami po żwirze – mimo zaproszonych do współpracy gości wywodzących się z różnych gatunków album jest po prostu przerażająco nudny. Niedopracowana i szablonowa struktura poszczególnych kawałków nie polepsza sprawy. Oparte głównie na dudniącym bębnie kawałki szybko zlewają się w pozbawioną melodii breję, na tle której przewijają się (również trudni do odróżnienia) raperzy i raperki. Wydaje się, że tak naprawdę przyłożyli się Włosi tylko do kilku kawałków, które niestety toną w miernym poziomie pozostałych kilkunastu. Co ciekawe, na płycie znalazły się dwa znakomite utwory, które Crookers wyprodukowali dla Róis<em>í</em>n Murphy – niesamowite <strong>Royal T</strong>, które poderwie w klubie każdego oraz powolne, bujające <strong>Hold Up Your Hand</strong>, przypominające klimatem macierzystą formację Murphy – Moloko. Mimo w miarę monotonnej muzyki, perełki te są uratowane charyzmą i eksperymentami wokalnymi Irlandki i dzięki temu odstają od albumu jak uszy słonia Dumbo. Całkiem ciekawy jest też otwierający album <strong>We Love Animals</strong>, ale cóż innego można było spodziewać się po kawałku stworzonym we współpracy z legendarnymi Soulwax? Do zniesienia jest też wspomagany przez Kelis <strong>No Security</strong>, z refrenem opartym na typowym „wobblującym” basie i rytmicznych pokrzykiwaniach niczym rodem z <strong>Warp</strong> Bloody Beetrootsów oraz maszerujący <strong>Cooler Coleur</strong> z Francuzką Yelle na wokalu.</p>
<p>Niestety, w połączeniu z pozostałymi piętnastoma gniotami nawet te przebłyski jakiegokolwiek pomyślunku tworzą straszącą wtórnością i monotonią płytę. Możliwe, że w klubach niektóre z utworów obronią się lepiej, ale nie ma co liczyć na dobrą zabawę w rytmach electro – większość z nich to tylko przeciętny, lekko podbity elektroniką hip-hop, albo pseudo-intelektualna zbieranina bezsensownych hałasów. Album cierpi na ostry niedobór dobrych melodii i przemyślanych kompozycji, a w dodatku klęska urodzaju w postaci nawet trzech gości na kawałek pogrąża go jeszcze głębiej. Gwoździem do trumny jest kuriozalna wersja a capella największego (i najbardziej kiczowatego) hitu Crookers – remiksu <strong>Day N Nite</strong>, który sprokurowali dla Kid Cudi. Wydaje się, że Włosi zasmakowali w dużych stawkach znanych artystów i postanowili ograniczyć się do bezmózgiej papki produkowanej dla gwiazd pokroju Will I Am z Black Eyed Peas czy właśnie Kid Cudi. Stąd też niska ocena, która byłaby jeszcze niższa, gdyby nie kilka dobrych utworów.</p>
<p>2010 // Southern Fried</p>
<p><strong>Ocena: 3/10</strong></p>
<p>01. We Love Animals (feat. Soulwax &amp; Mixhell)<br />
02. No Security (feat. Kelis)<br />
03. Natural Born Hustler (feat. Pitbull)<br />
04. Let’s Get Beezy (feat. Will I Am)<br />
05. Park The Truck (feat. Spank Rock)<br />
06. Hold Up Your Hands (feat. Róisín Murphy)<br />
07. Hip Hop Changed (feat. Rye Rye)<br />
08. Cooler Coleur (feat. Yelle)<br />
09. Birthday Bash (feat. The Very Best, Marina &amp; Dargen)<br />
10. Put Your Hands On Me (feat. Kardinal Ofiishall &amp; Carla-Marie)<br />
11. Royal T (feat. Róisín Murphy)<br />
12. Remedy (feat. Miike Snow)<br />
13. Arena (feat. Poirier &amp; Face-T)<br />
14. Tee-Pee Theme (feat. Drop The Lime)<br />
15. Transilvania (feat. Steed Lord)<br />
16. Have Mercy (feat. Carie)<br />
17. Jump Up (feat. Major Lazer, Leftside &amp; Supahype)<br />
18. Lone White Wolf (feat. Tim Burgess)<br />
19. Day N Nite (A Capella Version)<br />
20. Embrace The Martian (feat. Kid Cudi)
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fcrookers-tons-of-friends%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/crookers-tons-of-friends/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Anthony Rother &#8211; My Name Is Beuys From Telekraft</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/anthony-rother-my-name-is-beuys-from-telekraft/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/anthony-rother-my-name-is-beuys-from-telekraft/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 08 Mar 2010 18:44:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>chupax</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[anthony rother]]></category>
		<category><![CDATA[my name is beuys from telekraft]]></category>
		<category><![CDATA[telekraft recordings]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3402</guid>
		<description><![CDATA[Ostatnim razem opisywaliśmy pierwszą płytę Anthonego Rothera, tym razem zajmiemy się jego ostatnim, dwupłytowym albumem &#8211; My name is Beuys Von Telekraft. W tym wypadku poznajemy już zupełnie innego artystę, odstępującego od dźwięków klasycznego electro, które kształtowały początkowe etapy jego twórczości. Album My Name is Beuys Von Telekraft, zresztą podobnie jak poprzednie płyty artysty, ma [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ostatnim razem opisywaliśmy pierwszą płytę Anthonego Rothera, tym razem zajmiemy się jego ostatnim, dwupłytowym albumem &#8211; <strong>My name is Beuys Von Telekraft</strong>. W tym wypadku poznajemy już  zupełnie innego artystę, odstępującego od dźwięków klasycznego electro, które kształtowały początkowe etapy jego twórczości.</p>
<p>Album My Name is Beuys Von Telekraft, zresztą podobnie jak poprzednie płyty artysty, ma już raczej niewiele wspólnego z „dawnym Rotherem”. Na płycie dominuje surowe techno, do którego Anthony Rother zdążył już przyzwyczaić swoich słuchaczy. Śladowych ilości electro można doszukać się jedynie w otwierającym płytę utworze My name is Telekraft. Rozpoczynają go przepuszczone przez Vocoder słowa: &#8222;My name is Beuys von Telekraft, and I am a scientist, I work in my laboratory night and day…”, potwierdzające jej zimny, laboratoryjny charakter. Upodobania do modulacji głosu, artysta potwierdza jeszcze w kilku momentach, budząc klimat rodem z filmów science-fiction. Kolejny utwory dominują już w stylistykę zimnego techno (<strong>Welcome To my Laboratory</strong>, <strong>64 Bit Audio</strong>, <strong>Liquid System</strong>) z mocnym bitem oraz kosmicznymi melodyjkami. Pozycją wartą wyróżnienia jest także <strong>Frequency From Reality</strong> &#8211; mroczny, przestrzenny i tajemniczy. </p>
<p>Warto również zaznaczyć,  że do kompilacji dołączono bonusowe CD, na którym znalazł  się niespełna godzinny utwór <strong>Geomatrix 1 – 10</strong>, balansujący pomiędzy spokojnym ambientem a żywą elektroniką w stylu Jean Michele Jarre’a. Przyznam na marginesie, że pewne dźwięki w nim zawarte przypominają mi nieco motyw muzyczny z polskiego serialu edukacyjnego, emitowanego w latach 80’, pt. <strong>Przybysze z Matplanety</strong>. Swoją drogą, to było coś! </p>
<p>Wracając jednak to tematu, Rother po raz kolejny pokazał na co go stać. I być może nie „elektryzuje” już tak jak kiedyś, jednak dalej jest w formie. Pomimo, iż jego nowe wcielenie jest znacznie bardziej techniczne i może nie spodobać się zagorzałym fanom jego dawnego wizerunku, on nadal zachowuje wysoką klasę i potwierdza swoje umiejętności artystyczne. Uważam, że warto wejść do tajemniczego świata Telekrafta, chociaż na chwilę… </p>
<p>2008 // Telekraft Recordings </p>
<p><strong>Ocena: 7/10</strong></p>
<p>CD 1:<br />
01. My Name Is Telekraft<br />
02. Welcome To my Laboratory<br />
03. Digital Vision<br />
04. Girl Construction<br />
05. City Of Legends<br />
06. Bit Audio<br />
07. Liquid System<br />
08. Frequency From Reality  </p>
<p>CD 2:<br />
01. Geomatrix 1 &#8211; 10
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fanthony-rother-my-name-is-beuys-from-telekraft%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/anthony-rother-my-name-is-beuys-from-telekraft/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Vitalic &#8211; Flashmob</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/vitalic-flashmob/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/vitalic-flashmob/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 28 Feb 2010 16:38:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[citizen]]></category>
		<category><![CDATA[flashmob]]></category>
		<category><![CDATA[pascal arbez]]></category>
		<category><![CDATA[vitalic]]></category>
		<category><![CDATA[[PIAS]]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3337</guid>
		<description><![CDATA[Różne istnieją podejścia do tworzenia muzyki. Francuski producent i założyciel oficyny Citizen &#8211; Vitalic (Pascal Arbez) &#8211; należy do tych, którzy aby stworzyć coś wyjątkowego muszą odciąć się całkowicie od otaczającego ich świata. I ta chwilowa mizantropia połączona z nieszablonowo intymnym procesem komponowania i produkcji najwyraźniej działa w jakiś magiczny sposób na jego pełne duszy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Różne istnieją podejścia do tworzenia muzyki. Francuski producent i założyciel oficyny Citizen &#8211; Vitalic (Pascal Arbez) &#8211; należy do tych, którzy aby stworzyć coś wyjątkowego muszą odciąć się całkowicie od otaczającego ich świata. I ta chwilowa mizantropia połączona z nieszablonowo intymnym procesem komponowania i produkcji najwyraźniej działa w jakiś magiczny sposób na jego pełne duszy dzieła. Po ciągnących się jak guma do żucia czterech latach oczekiwania (oraz zapowiadającej klimat nowego albumu EPce <strong>Bells/You Are My Sun</strong>) sprytny pan Witalis, pionier discopunka, powraca w chwale.</p>
<p>Po raz kolejny Arbez oferuje nam szeroki wachlarz różnorodnej muzyki połączonej w jedność melancholijnymi melodiami rodem z italo disco, popartą przeszkadzajkami taneczną motoryką i nowoczesnymi, chropowatymi brzmieniami syntezatorów. Już promujący płytę ironicznym teledyskiem <strong>Your Disco Song</strong> potwierdza, że Vitalic jest nadal w najwyższej formie, a jednocześnie nie ucieka się do kalkowania swojego legendarnego już debiutu <strong>OK, Cowboy</strong>. Wspaniała melodia, sprasowany niskobitowo wokoder i rytm ciągnący w przód jak szczeniak doga na smyczy – naprawdę ciężko oderwać się od tego singla. Inaczej ma się sprawa z wydanym na winylu jako zapowiedź albumu <strong>Terminateur Benelux</strong> – tutaj nacisk jest położony głównie na potencjał klubowy. Krowie dzwonki i rytmiczne pokrzykiwanie wraz z surfującą od fali do fali linią basu na pewno sprawdziły się już nieraz na parkietach. Na nowym albumie, podobnie jak na debiucie, można zauważyć podział na dwa typy utworów. Wspomniane <strong>Your Disco Song</strong>, monumentalne <strong>Second Lives</strong>, pulsujące <strong>Still</strong> czy genialne <strong>One Above One</strong> to przedstawiciele typowych dla Vitalica disco-wymiataczy, opartych na ciężkim brzmieniu zrównoważonym świetnie napisanymi melodiami. Podobnie zresztą jak drugi singiel z płyty – poparty charakterystycznym dla Francuza wokalem a la „opadająca z sił nimfetka”. Z kolei w tradycję typowo klubowych kawałków, którą producent zapoczątkował swoim międzynarodowym hitem <strong>La Rock 01</strong>, wpisują się takie perełki jak tytułowy <strong>Flashmob</strong>, skwierczący <strong>Chicken Lady</strong>, czy kosmiczna podróż w <strong>Station Mir 2099</strong>.</p>
<p>Co znamienne, Vitalic za każdym razem zaskakuje nas czymś nowym – a to ciekawym brzmieniem, a to świetnie wykorzystanymi instrumentami perkusyjnymi &#8211; tak jak w otwierającym album <strong>See The Sea (Red)</strong> &#8211; a to wolnym i rozmarzonym <strong>Allan Dellon</strong>. Jest jednak na tyle doświadczonym muzykiem, że przy tej całej różnorodności i bogactwie inspiracji od początku do końca wiemy, że jest to właśnie jego produkcja. Czego zdecydowanie należy mu pogratulować, bo stworzenie własnego, rozpoznawalnego stylu już po wydaniu kilku singli i jednego długograja to nie lada wyczyn. Podczas słuchania <strong>Flashmob</strong> mamy wrażenie, że nie znajdzie się na nim ani jeden niepotrzebny dźwięk – imponująco dopracowane brzmienie i struktura utworów sprawiają, że nowy album nie ustępuje w niczym poprzedniemu. Jedyny element, którego trochę brakuje to wszechobecne na <strong>OK, Cowboy</strong> odniesienia do kultury bałkańskiej – przydałby się na <strong>Flashmob</strong> odpowiednik skocznego <strong>Polkamatic</strong>, albo marszowego <strong>Fanfares</strong>. Z drugiej strony – album ma trochę inny, bardziej ciepły klimat niż jego mroczniejszy poprzednik, więc ewolucja jest nieunikniona. Dodatkowym atutem albumu jest bardzo oryginalna i świetnie wykonana oprawa graficzna, którą rozwija dodatkowo ukazujący proces powstawania okładki klip do <strong>See The Sea (Red)</strong>.</p>
<p>Mimo tego, że raczej nie miałem wątpliwości co do tego, że Vitalic powróci z przytupem, to jednak zawsze z tyłu głowy pozostawał ten lęk – a co, jeśli (tak jak wielu producentów wcześniej) będzie trzeba go spisać na straty po usłyszeniu drugiej płyty? Na szczęście wena najwyraźniej nigdy nie opuściła Francuza, ponieważ tak rzetelne i wypełnione po brzegi ciekawymi utworami albumy wydane w 2009 można policzyć na palcach jednej ręki.</p>
<p>2009 // PIAS/Citizen</p>
<p><strong>Ocena: 9/10</strong></p>
<p>01. See The Sea (Red)<br />
02. Poison Lips<br />
03. Flashmob<br />
04. One Above One<br />
05. Still<br />
06. Terminateur Benelux<br />
07. Second Lives<br />
08. Allan Dellon<br />
09. See The Sea (Blue)<br />
10. Chicken Lady<br />
11. Your Disco Song<br />
12. Station Mir 2099<br />
13. Chez Septime
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fvitalic-flashmob%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/vitalic-flashmob/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gazelle &#8211; Chic Afrique</title>
		<link>http://electroclash.pl/plyty/gazelle-chic-afrique/</link>
		<comments>http://electroclash.pl/plyty/gazelle-chic-afrique/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 26 Feb 2010 17:05:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>KiTech</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje płyt]]></category>
		<category><![CDATA[chic afrique]]></category>
		<category><![CDATA[gazelle]]></category>
		<category><![CDATA[nick matthews]]></category>
		<category><![CDATA[rpa]]></category>
		<category><![CDATA[xander ferreira]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://electroclash.pl/?p=3329</guid>
		<description><![CDATA[Raz na jakiś czas zdarza się ten wspaniały moment, kiedy po długim i mozolnym przekopywaniu nieprzebranych zasobów internetu natykasz się na coś naprawdę świeżego, oryginalnego i dobrze brzmiącego. Mało tego – zaopatrujesz się w płytę i kończy się na tym, że terroryzuje ona bez większego wysiłku resztę Twojej plejlisty. Tak właśnie potoczyła się sprawa z [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Raz na jakiś czas zdarza się ten wspaniały moment, kiedy po długim i mozolnym przekopywaniu nieprzebranych zasobów internetu natykasz się na coś naprawdę świeżego, oryginalnego i dobrze brzmiącego. Mało tego – zaopatrujesz się w płytę i kończy się na tym, że terroryzuje ona bez większego wysiłku resztę Twojej plejlisty. Tak właśnie potoczyła się sprawa z południowoafrykańskim duetem Gazelle. Utworzony przez wychowanego na farmach Limpopo uznanego fotografa Xandera Ferreirę, do którego dołączył producent i didżej Nick Matthews, projekt Gazelle tchnie świeże powietrze o zapachu prowincji RPA (i nie chodzi tutaj o nawóz) w przygnieciony kiczowatymi klonami Kylie i Lady Gagi świat rozrywkowej elektroniki.</p>
<p>Debiutancki album Gazelle, Chic Afrique, to skomponowana jakby przez wirtuoza barmańskiego fachu mieszanka electro, disco i afrykańskich rytmów, doprawiona odrobiną funku. Ciekawa i miła dla ucha barwa głosu Xandera, który zaczynał przygodę z muzyką jako wokalista reggae o pseudonimie White Lion, jest swego rodzaju plasterkiem limonki, wieńczącym drink i pozwalającym swobodnie lansować się z kolorową szklanicą w okolicach jacuzzi. Płyta jest bardzo równa, wśród dziesięciu zaprezentowanych przez Gazelle kawałków nie da się znaleźć ani jednego, który nie pasowałby do reszty, albo przy którym nie dałoby się dobrze bawić. Bardzo sprytnie rozmieszczone są dwa utwory o wolniejszym, bardziej kołyszącym rytmie – po pierwsze wierny swemu tytułowi <strong>Chic Afrique</strong>, który porywa do rytmicznego podrygiwania. Po drugie – niesamowity <strong>Just Now</strong>, okraszony przejmującą melodią, ciężkim, elektronicznym bitem i inteligentnym tekstem. W dodatku posyłający w dół pleców ciarki, kiedy dociera do świetnego przejścia i wieńczącego utwór refrenu. Reszta smakowitych kąsków to co do jednego parkietowe hity. Poczynając od futurystyczno-funkującego <strong>Barbarella</strong>, a kończąc na rozpoczynającym się tambylczym śpiewem <strong>Golden Sun</strong>, Gazelle zabiera nas w nasyconą kolorami Afryki elektroniczną podróż dookoła kuli dyskotekowej. Świetne, głębokie brzmienia syntezatorów i przestrzenna produkcja albumu dodatkowo pomagają w zagłębieniu się w imprezową atmosferę płyty.</p>
<p>Porywające refreny to kolejny zdecydowany atut debiutu Gazelle. Wypolerowane arpeggia <strong>Neondebele</strong> sąsiadują tu z electroclashową radością <strong>Try</strong>, a discopopowy <strong>Options</strong> ze skocznym <strong>She Did Me In</strong>. Prawdziwy klimat Johannesburga i przyległych mu krain czujemy jednak dopiero przy zaśpiewanym w afrikaans i popartym żartobliwym wideoklipem <strong>Die Verlore Seun</strong>, w którym Xander śpiewa: „sorry, tato, muszę opuścić farmę, bo tęsknie za światłami dyskotek”. Ten odwołujący się na równi do bailie funku i punka numer został zresztą magicznie zmieniony przez remiksera Willa Mono w jeden z najlepszych parkietowych wymiataczy pod słońcem. W świetle wszystkich tych peanów i zachwytów nie jest dziwnym fakt, że Chic Afrique nawiedza moje głośniki niezwykle często, będąc świetnym lekarstwem na ciemne zimowe dni.</p>
<p>I tak oto właśnie ledwo odrosła od ziemi nowinka o egzotycznym pochodzeniu stworzyła przystępny i dający dużo radości album bez uciekania się do kiczowatych chwytów, plastikowych brzmień albo nadmiernej ilości bezsensownych pokrzykiwań (patrz: Die Antwoord). Co więcej &#8211; obecne na płycie akcenty afrykańskie są na tyle umiejetnie dawkowane, że nie odbieramy ich jako nachalnego machania nam przed nosem ciekawym pochodzeniem zespołu, a raczej jako element wzbogacający muzykę. Tym bardziej należy docenić fakt, że według moich tajnych źródeł po zagranym w warszawskim Klubie 55 koncercie panowie z Gazelle przyrzekli sobie, że wrócą na polską ziemię, by promować swoje tęczowo-dyskotekowe dziecko.</p>
<p>2009 // Impala</p>
<p><strong>Ocena: 9/10</strong></p>
<p>01. Barbarella<br />
02. Options<br />
03. Chic Afrique<br />
04. She Did Me In<br />
05. Strange Things<br />
06. Neondebele<br />
07. Just Now (feat. Weez)<br />
08. Die Verlore Seun<br />
09. Try<br />
10. Golden Sun
<div class="fblike_button" style="margin: 10px 0;"><iframe src="http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http%3A%2F%2Felectroclash.pl%2Fplyty%2Fgazelle-chic-afrique%2F&amp;layout=standard&amp;show_faces=true&amp;width=450&amp;action=like&amp;colorscheme=light" scrolling="no" frameborder="0" allowTransparency="true" style="border:none; overflow:hidden; width:450px; height:23px"></iframe></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://electroclash.pl/plyty/gazelle-chic-afrique/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
